• 002
  • moja liga
  • 002
  • slider003
  • moja liga
Brak pluginu Flash
drewan
Jesteś: Strona główna -> Ludzie sportu -> Sławomir Bączek. „Talent biletem do występów w ekstraklasie”

Sławomir Bączek. „Talent biletem do występów w ekstraklasie”

Sławomir Bączek

Niecałe dwa miesiące po skończeniu 20 lat, wiosną 1994 roku, Sławomir Bączek zadebiutował w ekstraklasie w barwach Wisły Kraków. Zaliczył w niej cztery spotkania. Kilka dni temu skończył 40 lat. Zajmuje się trenowaniem A-klasowego Strzelca Budzów. Utalentowany piłkarz z małej miejscowości przez pół sezonu należał do kadry wielokrotnego mistrza Polski, a swoje umiejętności prezentował również w III lidze. Ówcześni rywale do dziś wypowiadają się o nim z dużym uznaniem, jak choćby szkolący do niedawna piłkarzy Jałowca Stryszawa Andrzej Sermak, przez wiele lat występujący w Hutniku Kraków na najwyższym szczeblu rozgrywkowym.

 
Dziś Sławomir Bączek jest wzorem do naśladowania dla młodszych piłkarzy. Cechuje go skromność, duży dystans do siebie, obiektywizm i poczucie humoru.

 

 

Sławomir Bączek

Sławomir Bączek

- Musi Pan pamiętać swój pierwszy mecz w ekstraklasie – rozpoczynam rozmowę z trenerem.

 
- Tego nie na się zapomnieć. Nie chodzi tylko o sam fakt debiutu, ale również o przeciwnika i całą otoczkę. Graliśmy z Tygodnikiem Miliarder Pniewy na wyjeździe. Dziś to byłoby nie do pomyślenia, ale wtedy boisko w Pniewach było w szczerym polu, między łąkami. Szatnia – trzy na trzy metry. Dziś w C – klasach są dużo lepsze. My też tłukliśmy się na ten mecz starym autobusem całą noc. To był inny świat w porównaniu do tego, co ligowcy mają teraz. Przegraliśmy 0:5. Trzy gole wbił nam wtedy Burzawa, który zdobył potem tytuł króla strzelców. Pamiętam, że bramkę zdobył też Tomasz Rząsa.

 
- Dlaczego przygoda z Wisłą trwała tylko pół roku?

 
- To był słaby sezon. Przyszedłem dopiero wiosną, choć gdyby problemów nie robił mój wcześniejszy klub Jeziorak Iława, grałbym tam również pierwszą rundę. Spadliśmy z ligi. Brakowało finansów. Wisła zaczęła się “sypać”, choć występowało w niej wielu dobrych piłkarzy jak Giszka, Włodarz, Matyja, Kulawik, Kaliciak, Sarnat. Trenowałem tam jeszcze cały okres przygotowawczy do nowego sezonu, ale wtedy zaczęto stawiać na wychowanków, między innymi Patera. Byli jednak w tym zespole tacy zawodnicy, od których nie czułem się gorszy. Oni grali w lidze, choć na treningach widać było komu się należy miejsce, a komu nie. Byłem wtedy młodym chłopakiem, nie wiedziałem nic o menedżerach, tych wszystkich układach. Spokojnie jednak do tego wszystkiego podchodzę.



 
- Na jakiej pozycji był Pan ustawiany?

 
- Akurat w Wiśle trenerzy widzieli mnie bardziej na skrzydle, choć moją ulubioną pozycją odkąd zacząłem grać był środek pomocy.

 
- Jakie były największe atuty piłkarza Sławomira Bączka?

 
- Nie wiem czy miałem jakieś atuty… Moich trenerów trzeba by spytać. Może “odejście” na kilku metrach. I niezły drybling.

 
- Jak wyglądała Pana przygoda z piłką od momentu jej rozpoczęcia do zameldowania się w Wiśle?

 
- Jestem wychowankiem Garbarza Zembrzyce. Gdy w nim grałem często wyjeżdżaliśmy na obozy przygotowawcze. Do Zembrzyc również przyjeżdżały zespoły. Kiedyś graliśmy sparing. Wyszedł mi mecz, zdobyłem dwa gole. Był na tym obozie również III ligowy Jeziorak Iława. Rozpoczęły się rozmowy na temat mojego przejścia do tego klubu. Niezbyt chętnie podchodziłem do tematu, bo otrzymałem również propozycję z Hutnika Kraków. Ostatecznie jednak ten klub zachował się nie fair wobec mnie i Garbarza i przeszedłem do Jezioraka. Występowałem tam przez dwa sezony, od 91 do 93 roku. W międzyczasie przed dwie kolejne zimy w okresie roztrenowania ćwiczyłem z Wisłą Kraków. Przyglądali mi się i ostatecznie przeszedłem u nich testy w maju 93 roku. Jak już wspominałem, ze względu na opór Jezioraka, który opuściłem chyba zbyt pochopnie, nie mogłem w Krakowie grać już jesienią, zacząłem od rundy rewanżowej. To że mogłem spróbować choć trochę piłki na najwyższym poziomie zawdzięczam zmarłemu niedawno Karolowi Glińskiemu z Zembrzyc, w latach 70-tych jednemu ze sponsorów Wisły. Na pewno zwrócił na mnie uwagę ludzi działających w klubie. W swojej przygodzie reprezentowałem też barwy juniorów GKS Katowice.

 
- Wnioskuję z Pana wypowiedzi, że odejście z Jezioraka nie było rozważne.

 
- Tak to teraz widzę. Wiadomo, że chciało się grać na najwyższym poziomie. Wisła jednak przechodziła trudny okres, a po moim odejściu z Iławy przyszedł tam konkretny sponsor. Zespół awansował do drugiej ligi, czyli dzisiejszej pierwszej. Koledzy z drużyny wyrobili sobie markę i grali później przez wiele sezonów w ekstraklasowych klubach. Przykładowo Remigiusz Sobociński występujący przede wszystkim w Amice Wronki zaliczył w niej pewnie z 200 występów. Podobnie Arkadiusz Klimek związany z Zagłębiem, ale też z kilkoma zagranicznymi klubami.

 
- Doceniony został Pan w III – ligowej Kalwariance, która posiadała w sezonie 95/96 dobrą drużynę. Nie na tyle jednak, żeby na dłużej utrzymać się w stawce. Kronika Beskidzka przyznała tytuł najlepszego piłkarza zespołu.

 
- Tak, to bardzo miłe. Do dziś mam za to puchar. Przyszedłem do Kalwarianki zaraz po jej awansie. Zagrałem wtedy na środku pomocy wszystkie mecze od początku do końca. Występowałem ze świetnymi piłkarzami: Januszem Danielem, Rafałem Brańką, Pawłem Wilkiem, Wojtkiem Madejem, Jackiem Felschem. Niestety nie udało się utrzymać w bardzo mocnej wtedy lidze. Trenowałem nas Marek Motyka. Doszło w pewnym momencie do rozłamu drużyny, spowodowanym coraz większą liczbą krakowskich piłkarzy w klubie. Z czasem na kolejne mecze wychodził praktycznie inny skład.

 
- Kolejne lata gry to już Garbarz Zembrzyce. Jaki był największy sukces klubu w tym okresie?

 
- Awans do IV ligi po zaciętym boju z Ceramedem Komorowice, który z czasem przekształcił się w Podbeskidzie Bielsko Biała. Przez całe rozgrywki trwała zażarta walka o każdy punkt. Wygraliśmy wtedy z Komorowicami u siebie 3:1 w obecności tysiąca kibiców. To był ważny moment dla całych piłkarskich Zembrzyc.

 
- W 2001 roku spotkał się Pan ponownie z kolegami z Wisły, gdy ta przyjechała do Zembrzyc na mecz towarzyski.

 
- To było nieco zabawne, bo chłopaki mieli w nogach rewanżowy mecz eliminacji Ligi Mistrzów na Camp Nou z Barceloną przegrany tylko 0:1, a tu kilkanaście dni później przyszło im grać na rezerwowym boisku Garbarza, bo główne zalała woda. Wygrali z nami po wyrównanym meczu 2:1, a ja rzeczywiście miałem okazję spotkać się z kilkoma byłymi kolegami.

 
- Ewenementem jest, że Garbarz jako klub doczekał się aż dwóch swoich wychowanków w ekstraklasie. Drugim obok Pana jest Piotr Mosór zaliczający bardzo wiele występów w najwyższej klasie rozgrywkowej.

 
- Jeszcze większą niespodzianką jest to, że nie jesteśmy z Piotrkiem z Zembrzyc, a z jeszcze mniejszej Tarnawy Dolnej, o czym nie wszyscy wiedzą. Przyjaźniliśmy się od najmłodszych lat, kopiąc piłkę gdzie się dało. Przez głowę nam nie przeszło, że gdzieś tam wyżej uda się zawędrować. Piotrek zrobił dużą karierę. W Tarnawie nie było klubu, więc przyszliśmy trenować do Zembrzyc.

 
- Jakie boiskowe wydarzenia z najlepszych czasów gry w piłkę utkwiły w głowie najbardziej?

 
- Przychodzą mi od razu na myśl dwie sytuacje, więc chyba rzeczywiście można powiedzieć, że tkwią w pamięci. W jednym z meczów pucharowych grając w Jezioraku udało mi się minąć od środka boiska pięciu rywali i kopnąć do siatki między nogami bramkarza. To miły moment. A druga rzecz dotyczy Wisły Kraków. Nie zdobyłem dla niej gola, ale w jednym z meczów, z Zagłębiem Lubin, uderzyłem przy wyniku remisowym w końcówce meczu czysto, w samo “okienko”, ale Sidorczuk w jakiś sposób to wybronił. Szkoda.

 
- Wspomnień jest pewnie więcej…

 
- Jest bardzo dużo. Tyle lat. Postawienie na piłkę było bardzo dobrym ruchem. Poznałem bardzo wielu ludzi związanych z futbolem i nie tylko. Czerpałem radość z gry. Dużo podróżowałem po kraju.

 
- Jak doszło do tego, że zajął się Pan szkoleniem juniorów i seniorów Strzelca Budzów?

 
- Wcześniej zdarzyło się, bo sytuacja tego wymagała, że byłem chwilowo trenerem również w Zembrzycach. Przyznam szczerze, że rola trenera nigdy mnie szczególnie nie pociągała. W 2008 roku jednak przyjechali do mnie przedstawiciele Strzelca i zaproponowali pracę w klubie. Po zastanowieniu przyjąłem propozycję i prowadzę zespół od rundy wiosennej tamtego sezonu.

 
- Strzelec ma swój styl. Jaki jest pomysł na grę?

 
- Mnie się wydaje prosty – grać jak największą ilością podań, technicznie. Nie lubię gry siłowej, a także typowo defensywnej. Musi to być zbalansowane. Połowa zawodników z pola ma zadania ofensywne, połowa defensywne.

 
- Dlaczego nie wspomaga Pan drużyny na boisku? Doświadczenie by się jej przydało.

 
- Gdybym tylko mógł… Grałem w jesiennej rundzie jeden mecz, ale potem przez tydzień bolało kolano. Kilka lat temu doznałem kontuzji kolana i po prostu nie jestem w stanie występować na boisku.

 
- Nie ma pokusy spróbowania sił w trenerce w klubie z wyższej ligi?

 
- Nie. Pracuję na zmiany. W Strzelcu czuję się dobrze. Musiałbym dostać propozycję z I lub II ligiśmieje się rozmówca. – Wtedy bym się zastanowił.

 
- Jest Pan od wielu lat w centrum amatorskiej piłki. Co uległo poprawie, a co należy polepszyć?

 
- Do plusów zaliczyłbym coraz większą kulturę gry. Nawet w niższych ligach. Kiedyś wyglądało to w ten sposób, że rozgrywającym był stoper. Cieszy też to, że powoli wszędzie poprawia się infrastruktura. Może wyrażę mało popularny pogląd, ale minusem jest zbyt duża liczba drużyn. Każdy klub boryka się z problemami finansowymi, a zespoły są utrzymywane mimo, że gra w nich bardzo mało zawodników. Powinna być jakaś współpraca pomiędzy sąsiadującymi klubami czy na terenie gmin, celem stworzenia mocniejszych ośrodków i jednej drużyny, ale takiej, która będzie coś znaczyć. Pamiętam, że kiedyś, gdy w wioskach wokół Zembrzyc nie było klubów, do Garbarza na trening przychodziło po 40 piłkarzy. Automatycznie pojawiała się zdrowa konkurencja i poziom był znacznie wyższy.

 

 
PAWEŁ KRĘCIOCH