• slider003
  • moja liga
  • moja liga
  • 002
  • 002
Brak pluginu Flash
drewan
Jesteś: Strona główna -> Ludzie sportu -> Marek Szuba. „Gra musi być efektowna, a nie przypominać rzucania toporem w drzewo”.

Marek Szuba. „Gra musi być efektowna, a nie przypominać rzucania toporem w drzewo”.

marek-szuba-2-crop-news

Charyzmatyczny, czasem kontrowersyjny, ale zawsze szczery – to krótka charakterystyka jednej z barwniejszych postaci wadowickiej klasy A, bramkarza Cedronu Brody Marka Szuby. Nie zagrał w ekstraklasie być może tylko dlatego, że za niski był… jego tata. W IV lidze zdobył gola przewrotką. Jest najlepszym golkiperem wadowickiej klasy A. Ma za sobą III – ligową przeszłość. Zasłynął już jako dobry trener. Myśli o stworzeniu szkółki bramkarskiej.

 

 

 

 
- Jak zaczęła się pana przygoda z piłką nożną?

 

 
 - Wszystko rozpoczęło się na boisku przy szkole w Sułkowicach (powiat myślenicki, nie wadowicki – przyp. red.), z którą od dziecka do teraz jestem związany. W tej chwili tam uczę, choć nie wychowania fizycznego, jak większość kibiców myśli. Chętnych do gry w moich młodzieńczych czasach było dużo, więc trzeba sobie było czasem łokciami torować miejsce, żeby zagrać. Później niejako automatycznie trafiłem do Gościbi Sułkowice. Trwał tam okres totalnej posuchy. Działali jednak wspaniali społecznicy, między innymi Władysław Moskal, brat Kazimierza Moskala, byłej gwiazdy Wisły Kraków. Trafił się bardzo dobry rocznik chłopaków. Przyznam, że uczyliśmy się grać właściwie od siebie. Szkoda, że z tej ekipy zostałem tylko ja i Witold Stokłosa, występujący obecnie w Sokole Przytkowice. Reszta chłopaków gdzieś sportowo przepadła.

 



 
- Kiedy zrodził się pomysł stanięcia miedzy słupkami i kto pana uczył gry na pozycji bramkarza?

 

 
- Zaczęło się niepozornie. Wychodząc na podwórko z trzema starszymi braćmi swoje kroki kierowałem do bramki i tak zostało. Sporo nauczył mnie starszy ode mnie o pięć lat Tomek. Właściwie jemu zawdzięczam najwięcej. Był lepszym niż ja materiałem na bramkarza. Niestety nękały go kontuzje. Gdyby nie one, byłby golkiperem w Sułkowicach, a później pewnie w Myślenicach. Ja bym na wyższych szczeblach nie zaistniał. Jako młody człowiek skorzystałem z rad i wiedzy wyrzuconego z Hutnika Kraków Krzysztofa Tyrpy, który przez jakiś czas uczył nas bronić na małej salce, korzystając z mat i materaców. Później w Karpatach Siepraw szkolił mnie były bramkarz Hetmana Zamość Włodzimierz Kwiatkowski, a w Dalinie w bardzo krótkim okresie na wysoki poziom „wyciągnął mnie” Marek Holocher, związany kiedyś z Wisłą Kraków.

 

 
- Jakie kluby pan reprezentował?

 

 
- Występowałem w drużynie juniorów i seniorów Gościbi, później jako 17-latek przeniosłem się do IV – ligowych Karpat Siepraw, gdzie spędziłem cztery lata. Następny przez 9 lat reprezentowałem Dalin Myślenice, w którym grałem również na poziomie III ligi.

 

 
- III liga to już przedsionek poważnej piłki. Praktycznie najniższy poziom, z którego można „wskoczyć” w świat profesjonalnego futbolu. W pana przypadku była na to szansa?

 

 
- Tak. Doceniano mnie. Jeszcze w czasach gdy w Karpatach Siepraw jako młody zawodnik byłem bramkarzem i zarazem kapitanem w kadrze Region`s Cup. Zostaliśmy wtedy najlepszym zespołem w Polsce i pojechaliśmy na europejskie finały tych rozgrywek. Odbywały się na Litwie. Zagraliśmy w decydującym meczu z Niemcami na stadionie Żalgirisu Kowno, a ja zostałem wybrany najlepszym bramkarzem turnieju. Naszą kadrę prowadził wtedy Leszek Walankiewicz, drugi trener Hutnika Kraków i automatycznie zainteresowano się w tym klubie moją osobą. Zaliczyłem udany sparing z Cracovią. Naprawdę wyszedł mi świetny mecz. Widziałem, że jestem po prostu lepszy od innych bramkarzy w klubie. Bardzo dobrze ocenili mój występ sami piłkarze Hutnika – choćby Krzysiek Przytuła czy Piotrek Powroźnik. Niestety zderzyłem się brutalnie z wizją pierwszego trenera Władysława Łacha. W rozmowie ze mną zadał trzy pytania: ile mam lat, ile wzrostu i co ciekawe – ile wzrostu ma mój tata. Ostatecznie stwierdził, że potrzebuje doświadczonego i wysokiego bramkarza. Tak przebiegała w Hutniku selekcja. Nie mam wobec tego sentymentu ani zaufania do starej szkoły trenerskiej. Wróciłem po tej przygodzie do Sieprawia.

 

 
- Niewiele jednak zabrakło, żeby później zameldował się pan z Dalinem na poziomie drugiej ligi.

 

 
- Faktycznie, zabrakło punktu, przegraliśmy awans z Unią Tarnów.

 

 

Marek Szuba. Fot. internet.

Marek Szuba. Fot. internet.

- Po zawieszeniu butów na kołku zajął się pan trenowaniem. Lista klubów na razie nie jest długa, ale w każdym zdołał pan odcisnąć swoje piętno.

 

 
- Z zespołem Sosnowianki Stanisław awansowałem z klasy B do A, później przegraliśmy różnicą jednego punktu awans do „okręgówki”. Kolejnym klubem był LKS Rudnik. Wykonałem powierzone mi zadanie i weszliśmy do piątej ligi. Zaraz po awansie trafiłem do spadającego z „okręgówki” Cedronu Brody.

 

 
- Skupmy się na moment na pracy z w Rudniku. Dlaczego po awansie podziękowano panu za pracę?

 

 
- Po dobrej jesieni w klubie zmieniły się władze i zaczęły robić „czystki”. Zaczęto od trenerów. Zwolniono Leszka Lisowskiego, mnie się to nie podobało i gdyby nie wsparcie kibiców i zawodników, od stycznia nie pracowałbym w klubie. Ostatecznie zostałem i udało nam się wywalczyć awans. Wydaje mi się, że kilku osobom nie było to „na rękę”. Kompletnie klasy brakuje prezesowi tego klubu, który pogratulował drużynie tylko poprzez forum internetowe. Ten człowiek nie zachowuje się profesjonalnie. Przerosła go rola i funkcja jaką pełni. Mimo sukcesu, w mowie końcowej poinformował mnie, że jestem wrogiem klubu.

 

 
- Wracamy do teraźniejszości. Nie obawiał się pan brać odpowiedzialności za wyniki z hukiem lecącego przed dwoma laty z V ligi Cedronu? Rok wcześniej spadł z tego poziomu Jubilat Izdebnik i zatrzymał się w klasie B.

 

 
- Lubię wyzwania. Grałem przeciw Cedronowi sparing zanim jeszcze został zdegradowany i choć nie interesowałem się nim szczególnie, widać było, że jest tam problem. Po otrzymaniu oferty zdecydowałem się jednak podjąć rękawicę. Na pierwszym treningu pojawiło się dwudziestu piłkarzy, ale szybko zorientowałem się, że są to chyba wszyscy chłopcy z Brodów, którzy potrafią kopnąć piłkę. Nie napawało to optymizmem. Zawodnicy też nie wiedzieli jaka jest ich sytuacja, kto zostanie, kto odejdzie, jak to po spadku. Zauważyli jednak, że jest sens pracy. Pierwsza runda poprzedniego sezonu była słaba. Chłopcy nie byli przygotowani motorycznie, fizycznie. Musieli też grać z kontuzjami. Mieliśmy praktycznie 13-osobową kadrę. Ledwo wytrzymywaliśmy mecze. Wiosna była już dużo lepsza i można było pokusić się nawet o awans.

 

 
- Widziałem Cedron w akcji. Gracie w sposób bardzo wyrozumowany. Nie brakuje mobilności w ofensywie i defensywie, taktyki, zmian tempa, diagonalnych podań, wykorzystywania całej powierzchni boiska. To pana stempel?

 

 
- Na pewno nie przypiszę sobie wszystkich zasług. Mam do dyspozycji ogranych na wyższych poziomach piłkarzy. Oni mają pojęcie o co chodzi w piłce. Nie każdy mecz w naszym wykonaniu jest dobry. Faktycznie przywiązuję wagę do gry kombinacyjnej, tym bardziej, że posiadamy świetną murawę. Przez to pewnie łatwiej rywalowi nas „przeczytać”. Hołduję jednak zasadzie, że z gry i treningu powinno się czerpać radość. Nie może to na boisku wyglądać jak bicie toporem w drzewo.

 

 
- Zawsze podkreśla pan, zresztą nie jest to odosobnione zdanie, że wadowicka klasa A jest bardzo mocną ligą. Jakie aspekty o tym decydują?

 

 
- W każdym zespole są jakieś indywidualności. Od razu przychodzi mi na myśl choćby Górski z Halniaka Targanice. Jest też wielu innych. Poza tym dużo dają piłkarze mający za sobą przeszłość na wyższych poziomach. Wymowny będzie przykład moich kolegów z czasów gry w Dalinie Myślenice – braci Rafała i Marcina Drobnych, którzy dają dużą jakość Narożu Juszczyn. Jest Włodzimierz Kierczak ze Znicza Sułkowice, przerastający zdecydowanie umiejętnościami poziom klasy A. Są też inni doświadczeni zawodnicy – Żurek czy Wiecheć z Relaksu Wysoka. Lista jest dłuższa. O sile ligi świadczy przygotowanie motoryczne. Drużyny potrafią walczyć, „wybiegać” mecz. Bez względu na miejsce jakie zajmują.

 

 
- Z racji pozycji na boisku ma pan doskonały przegląd boiska. Wielu zawodników z wadowickiej klasy A mogłoby szybko wskoczyć w buty III-ligowców?

 

 
- Być może zaskoczę odpowiedzią, ale w każdym zespole jest przynajmniej dwóch takich piłkarzy. To jest kwestia szczęścia, samozaparcia chłopaków oraz koncepcji III-ligowego trenera. Musi potrzebować piłkarza do konkretnych zadań na określoną pozycję. Inna sprawa, że „kuleje” obserwacja niższych poziomów przez te możniejsze kluby. Zawodnicy muszą jednak mieć na uwadze, że III liga kosztuje dużo wyrzeczeń.

 

 
- Zna pan piłkarskie powiedzenie, że bramkarz i lewoskrzydłowy muszą być trochę szaleni…

 

 
- Tak, oczywiście. I przyznaję – z mojej wieloletniej obserwacji to się sprawdza (śmiech). Nie wiem dlaczego tak jest. Bramkarz, wiadomo, musi rzucić się pod nogi rywala, gdzie inni nie wsadziliby nogi. Jestem osobą ekspresyjną, ale reaguję wtedy, gdy muszę. Tracę panowanie widząc brak profesjonalizmu, przede wszystkim sędziów. Wobec klubów, nas piłkarzy, stale są wymagania od okręgowego związku, a jego arbitrzy często zachowują się tak jakby byli na boisku za karę. Czasem nie chce się im wyjść z koła środkowego. Bronię swoich racji i poglądów. Od 2017 roku na poziomie klasy A potrzebny będzie kurs UEFA B. Pytam – dlaczego mamy zapychać opływającego w dostatki kasę związku, który nie robi dla nas nic? Kluby cały czas muszą za coś płacić. Owszem, trzeba robić kursy jeśli się chce rozwijać, drużyny muszą być prowadzone przez ludzi posiadających wiedzę, ale czy na tym poziomie potrzebne są aż takie „papiery”? Według mnie ważniejsze są staże. Dlaczego wadowicki podokręg nie zorganizuje żadnego stażu dla przykładowo pięciu najlepszych trenerów ze swojego terenu w jakimś ekstraklasowym klubie? Stać ich za te pieniądze, które biorą.

 

 
- Pańska wyrazistość pomaga w prowadzeniu drużyny?

 

 
- Ciężko powiedzieć. Chyba jest dobrze, skoro się dogadujemy z chłopakami i mamy wspólne cele. Wiadomo jednak, że różne są osobowości. Jedni potrzebują pochwały, inny mobilizacyjnego „kopniaka”.

 

 
- Na jakim bramkarzu się pan wzorował?

 

 
- Pierwszym był Oliver Kahn. Następnym Iker Casillas, który ostatnio nie prezentuje już tak świetnej dyspozycji. W tej chwili przyglądam się grze Keylora Navasa i Manuela Neuera. Dwaj zupełnie inni bramkarze, ale obaj świetni.

 

 
- Obecnie młodzież nie garnie się do piłki. Logiczną konsekwencją jest, że i bramkarzy mniej. Między słupkami często stoją zawodnicy, którym ktoś nakazał tam grać w wieku trampkarza czy juniora. I tak zostali, przez „zasiedzenie”, nieskażeni szkoleniem. Nie myślał pan nad spożytkowaniem swoich umiejętności, wiedzy i stworzeniem czegoś na kształt akademii bramkarskiej?

 

 
- Zanim odpowiem, odniosę się do młodzieży. Wcale nie uważam, że młodzi ludzie nie chcą się angażować. Wręcz przeciwnie. Trzeba im jednak stworzyć warunki. Zachęcić. Przerabiałem to w Sosnowiance i Rudniku. Wszystkim wydawało się, że nie ma w ogóle zapału wśród dzieci, a mnie się w obu klubach udało stworzyć dwie potężne grupy. Nagle okazało się, że chętnych do gry było 40 osób. Pamiętajmy, że piłka nożna musi dawać dzieciom przyjemności, aktywizować je fizycznie, ale równie ważna jest rola wychowawcza. Klub i rodzice muszą iść w tym samym kierunku. Wracam jednak do pytania. Właśnie jestem na etapie budowania wokół siebie grupy bramkarzy, którym mógłbym pomóc. Na razie byliby to koledzy z wyższych lig, których też nikt nie szkoli, a potrzebują treningu bramkarskiego. Docelowo chciałbym uczyć od podstaw młodych adeptów. Wiem jak się do tego zabrać. Nie jest to łatwa praca, efektu nie widać po pół roku. Jak w każdej trenerskiej pracy potrzebny jest dobry „materiał” – zawodnik ambitny, charakterny, o dobrych warunkach fizycznych. Bramkarz to specyficzna pozycja. Dwa razy więcej trenuje i dwa razy mniej gra. Nikt nie pamięta jego dziesięciu dobrych interwencji, a o jednym „babolu”. Szkolenie bramkarzy w amatorskiej piłce nie istnieje. Nie ma kto się tym zajmować. Chłopaki nie wiedzą jak atakować piłkę, jak się ustawiać itd. Jeśli nawet trafi się trener obeznany w temacie, nie ma czasu na zajmowanie się bramkarzami. A specjalnej jednostki nikt dla nich nie zrobi, bo kiedy?

 

 
- Pański najlepszy mecz w przygodzie z piłką?

 

 
- Było ich kilka, ale najbardziej pamiętam dwa z okresu występów w Dalinie Myślenice. Świetnie grało mi się w przegranym jednak meczu o II ligę z Unią Tarnów. A najbardziej pamiętne jest dla mnie spotkanie z początków gry w Dalinie. Walczyliśmy o III ligę. Graliśmy mecz z Kmitą Zabierzów, który trzeba było wygrać. Do przerwy przegrywaliśmy 0:1, potem wyrównaliśmy, a w ostatniej minucie „dostaliśmy” drugiego gola. Kibice hurtowo opuszczali stadion, a ja pobiegłem w pole karne i po rzucie rożnym trafiłem przewrotką w „okienko”. Piłka odbiła się jeszcze od poprzeczki. Piękny gol. Dziewczyna mojego kolegi filmowała ten mecz, więc mogę sobie to trafienie czasem obejrzeć (śmiech). Na nic się zdało, ale wspomnienia pozostają. Kibice po tej bramce jeszcze zawrócili obejrzeć mecz do końca.

 

 
- Nie brakowało też pewnie przez wiele lat gry sytuacji, po których „zrywa się boki”…

 

 
- Mnóstwo ich było. Muszę pomyśleć, które nadają się do publikacji (śmiech). Za czasów gry w juniorach w Gościbi Sułkowice, gdzie jak wspominałem była bieda, ciężko było sklecić skład. Trenował z nami nieco starszy kolega, miał może 20 lat, już się golił. Nie był talentem, ale cechowała go ambicja i trener zdecydował, że da mu zadebiutować. Oczywiście formalnie nie mógł zagrać, więc musiał posiłkować się cudzą kartą. Uczył się imienia i nazwiska, daty urodzenia. Kiedy wchodził na boisko sędzia zapytał go o imię i nazwisko. Speszony kolega zapomniał „swoich” danych i krzyknął w stronę ławki: „Trenerze, jak się nazywam?”. Wszyscy wybuchli śmiechem, a arbiter machnął ręka i pozwolił mu zagrać. Zabawna była też sytuacja, gdy prowadził mnie trener Piotr Kocąb. Co jakiś czas przychodził na trening z megafonem, żeby lepiej było słychać jego polecenia. Trenowaliśmy jakieś zagranie i jednemu z kolegów nie bardzo wychodziło. Wtedy trener donośnie zawołał przez megafon: „Nie przejmuj się, to nie jest twoja wina. Wina leży po mojej stronie, bo cię nie nauczyłem”.

 

 
- W jakie lidze mógłby pan podjąć się gry w tej chwili?

 

 
- Mógłbym się zmobilizować do gry w III lidze. Przyznam, że ciągnie na wyższy poziom, choć zdrowie nie dopisuje jak kiedyś. Moim marzeniem jest zakończenie przygody z piłką strzegąc bramki w którymś z ważnych dla mnie klubów – Karpatach Siepraw, Dalinie Myślenice, Gościbi Sułkowice, LKS Rudnik czy Sosnowiance. Bez względu na to jaki byłby to poziom rozgrywkowy. Przyznam, że największy sentyment został do Dalinu. Grałem tam długo i ten klub jest mi szczególnie bliski.

 

 
- A w jakiej lidze mógłby pan na obecnym poziomie zaawansowania trenerskiego prowadzić drużynę?

 

 
- Poradziłbym sobie w III lidze. Miałem wielu bardzo dobrych trenerów. Od każdego człowiek coś przemyca dla siebie, co nie znaczy, że nie mam swojej autorskiej wizji. Przyznam jednak, że nie widzę się w trenerce na wyższych poziomach. Nie jest to moim celem.

 

 
Rozmawiał PAWEŁ KRĘCIOCH