• 002
  • 002
  • slider003
  • moja liga
  • moja liga
Brak pluginu Flash
drewan
Jesteś: Strona główna -> Ludzie sportu -> Marek Brańka. “Dawać szansę młodym sędziom, starszych uszanować”

Marek Brańka. “Dawać szansę młodym sędziom, starszych uszanować”

DSC00675-crop123

Żaden arbiter z wadowickiego podokręgu nigdy nie zawędrował tak wysoko jak Marek Brańka. Sędziował na zapleczu ekstraklasy. Mając 22 lat rozpoczął pracę na szczeblu centralnym – w III lidze – gdzie prowadził ponad 100 spotkań. Następnie, w 1996 roku, awansował do II ligi, będącej odpowiednikiem dzisiejszej pierwszej. Z przerwami, przez 13 lat, zarządzał wadowickim Kolegium Sędziów. Obecnie jest jednym z obserwatorów II ligi. Co ciekawe jego kuzyn Andrzej Górecki pełni tę samą funkcję, co w skali ogólnopolskiej stawia Wadowice na eksponowanym miejscu. Marek Brańka cieszy się dużym autorytetem nie tylko w Wadowicach. Jego pracę będącą jednocześnie wielką pasją dostrzega się w polskim środowisku sędziowskim.

 

 

 

Marek Brańka z żoną Małgorzatą

Marek Brańka z żoną Małgorzatą

- Skąd pomysł na zajęcie się sędziowaniem? – pytam Marka Brańkę

 
- Trudno powiedzieć. Już w szkole podstawowej lubiłem sędziować turnieje siatkówki czy piłki nożnej. W rodzinie nie jestem jedyny, bo mój najbliższy kuzyn Andrzej Górecki także był arbitrem. Duży wpływ na moją drogę miał też świetny nauczyciel ze szkoły średniej – profesor Michałek, również działacz sportowy i sędzia, który chłopaków mobilizował do tego, żeby uczęszczać na kursy sędziowskie.

 
- Grał Pan w piłkę?

 
- Do wieku juniorskiego grałem, a raczej bawiłem się w Stanisławiance, której jestem wychowankiem. Widziałem jednak, że piłkarza wielkiego ze mnie nie będzie, a mnie nigdy nie interesowały małe cele, a takim była perspektywa gry w A-klasie czy “okręgówce”. Swego czasu nieżyjący już trener Czapik próbował mnie zwerbować do Skawy Wadowice, ale chyba tylko dlatego, że widział u mnie serce do gry.



 
 - Ile meczów prowadził Pan na zapleczu ekstraklasy?

 
- Liczyłem to kiedyś i wychodzi na to, że ponad 50 spotkań przez pięć sezonów. Do tego doszło parę prestiżowych gier takich jak kilkakrotnie 1/16 Pucharu Polski czy finał Pucharu Polski kobiet. Zapraszano mnie na spartakiadę młodzieży w Krakowie i wiele pomniejszych turniejów. Prowadziłem również międzypaństwowy mecz drużyn do lat 16.

 
- Najbardziej zapamiętane przez Pana spotkania?

 
- Było ich parę. Wybiorę może dwa ze szczebla II ligi. Jechaliśmy w końcówce sezonu na mecz Tłoki Gorzyce – Górnik Polkowice. Pierwsza drużyna ratowała się przed spadkiem, druga walczyła o awans. Było tak ciasno w tabeli, że wraz z kolegami z “trójki” obliczyliśmy, że spotkanie nie jest za trzy punkty, czy za sześć, ale za… osiemnaście. Tyle było różnych rozwiązań w tej kolejce i drużyn walczących o określone cele. Meczowi towarzyszyło duże ciśnienie. Skończyło się wynikiem 1:1, po dwóch karnych. A w drugiej bardzo ważnej potyczce stanęły naprzeciw siebie zespoły Hetmana Zamość i RKS Radomsko. Hetman bronił się przed degradacją, a zespół z Radomska szturmował ekstraklasę. Gazety przed spotkaniem rozpisywały się o układach itd. Był to jedyny mecz w mojej sędziowskiej karierze, gdy miałem na trybunach dwóch obserwatorów. Ten drugi pojawił się z glejtem od Michała Listkiewicza, że przyjechał na pełnych prawach. Hetman wygrał 2:0, a my jako trójka spisaliśmy się bez zarzutu. Nikt nie miał do nas żadnych zastrzeżeń. Obaj obserwatorzy podziękowali i gratulowali pracy pod tak wielką presją. To są ważne momenty, kiedy zostaje się docenionym. Sędzia jednak zawsze stoi pod pręgierzem. Czasem jakaś drobnostka jest rozdmuchana. Może dojść do nadinterpretacji z różnych stron.

 
 - Co musi charakteryzować dobrego sędziego?

 
- Przede wszystkim stale pogłębiana wiedza. Tkwię w środowisku sędziowskim 32 lata, więc więcej niż połowę życia. Trzeba mieć predyspozycje. Miałem kiedyś okazję rozmawiać na ten temat z byłymi bardzo dobrymi trenerami Edwardem Lorensem, Januszem Białkiem, którzy na ówczesne czasy byli na topie i brali udział w naszych zajęciach szkoleniowych w Spale. Kiedy się skończyły podeszli twierdząc, ze nie zdawali sobie sprawy jaka to jest ciężka praca, jak wielowątkowa tematycznie. Przyznawali, że nie znają wszystkich przepisów. Bardzo ważne w tym zawodzie jest osobowość oraz psychika. Tego się nie wyczyta w książkach i nie wytłumaczy młodemu sędziemu. Albo się to ma albo nie. Kiedyś Zbigniew Boniek powiedział mi, że absolutnie nie byłby sobie w stanie poradzić na boisku jako sędzia, a wszystkim wydaje się, że piłkarze wiedzą pewnie tyle samo co sędziowie. To jest zupełnie inna dziedzina. Trzeba mieć dużą odporność, radzić sobie z tłumem, presją. Ludzie się nad tym nie zastanawiają, ale proszę sobie wyobrazić, że w jakiejś newralgicznej sytuacji na boisku ryknie kilkunastotysięczny tłum kibiców. To zawsze robi wrażenie, a trzeba zachować trzeźwość umysłu. Takie momenty decydują o losach meczów. W samym sędziowaniu zawiera się rzecz najważniejsza. Trzeba być uczciwym, to zawsze procentuje. W całej tej aferze sędziowskiej moje nazwisko nigdy nie pojawiło się w żadnym wątku. To nie jest mój krąg. Przyznam, że cieszę się szacunkiem wśród czołowych polskich sędziów.

 
 - Jest Pan ostoją spokoju, osobą bardzo wyważoną. To pomagało w pracy na boisku?

 
- Każdy mecz jest inny, a piłkarze i sędziowie są ludźmi o różnych charakterach. Jedni rozjemcy są pogodni, łagodnie usposobieni, inni nie przebierają w słowach, zakrzykują piłkarzy, czym może w jakiś sposób sobie pomagają. Teraz odchodzi się od takich metod. Na przestrzeni ostatnich trzech lat bardzo zmieniła się koncepcja. Myślę, że tym swoim spokojem udało mi się jakiś tam sukces osiągnąć, oczywiście poparty przygotowaniem merytorycznym i mentalnym. Zawsze dążę do tego, żeby być lepszym. W szkole nigdy nie byłem wybitnym uczniem, ale denerwowało mnie, gdy czegoś nie umiałem.

 
- Sędziowanie powinno być pasją. Czasami jednak można odnieść wrażenie, że wielu arbitrów traktuje to bardzo rekreacyjnie, nie przykłada się do obowiązków.

 
 - Tego się nie uniknie, zawsze będą wyrobnicy, podobnie jak wśród piłkarzy.  Nazwijmy sprawę po imieniu – są sędziowie dla których przede wszystkim ważny jest kwitek; jaka tam kwota wpisana i tyle ich mecz obchodzi. Mogę wiele rzeczy znieść. Jeśli sobie chłopak nie radzi z prowadzeniem meczu, można wybaczyć pomyłkę, ale nie znoszę lekceważenia swoich obowiązków. Jak dorwę takiego sędziego często nie przebieram w słowach, nie po to żeby się wyżyć, ale żeby uświadamiać. Chcę jednak zaznaczyć, że patrząc z perspektywy różnych szkoleń, w których ciągle uczestniczę, poziom sędziowania się jednak podnosi.

 
- Ile potrzeba czasu, żeby wyszkolić dobrego sędziego?

 
– Szczebel ekstraklasy to jest w tej chwili kosmos, że tak to obrazowo ujmę. Nie tylko w umiejętnościach, ale i stopniach jakie trzeba przejść. Przykładowo z “okręgówki” należy przeskoczyć kilka szczebli, żeby zaistnieć w najwyższej klasie. Teoretycznie to minimum cztery lata, ale w praktyce jest to niewykonalne przy tak dużej ilości sędziów i wielkiej konkurencji. Na niższych poziomach, począwszy od klasy C nauka też trwa długo. Jeśli ktoś powie, że tylko rok lub na przykład trzy, nie należy mu wierzyć. Wszystko zależy od człowieka, czego on chce, co daje z siebie. Uświadamiam działaczom, żeby nie obiecywali chłopakom złotych gór, skoro są niemożliwe do osiągnięcia. Przecież w klasie A, “okręgówce”, czwartej lidze też są potrzebni dobrzy sędziowie. Jedni są do tego bardziej predestynowani, inni mniej. Dla kogoś pewne kwestie w procesie szkoleniowym okażą się oczywiste, dla innych zbyt trudne. Ciężko to uśrednić. Podam przykład. Ostatnio byłem na szkoleniu w Spale. Gdyby, z całym szacunkiem do sędziów z IV ligi, w taki sposób przedstawiono im wiedzę w tym momencie, nie zrozumieliby wszystkiego.

 
 - Który sędzia w wadowickim podokręgu jest zatem na najlepszej drodze do zaistnienia na szczeblu centralnym?

 
 - W tej chwili mamy tylko jednego takiego człowieka. To Dawid Pająk posiadający duży potencjał. Ma 24 lata, wiec jest w optymalnym wieku, choć są w Polsce jeszcze młodsi bardzo obiecujący sędziowie, bo widziałem 21-latka z Lublina, który mnie bardzo zaskoczył in plus. Pracujemy nad Dawidem, a on umie słuchać. Jest jakaś szansa, ale widząc jak trudno jest się przebić, też trzeba uzmysłowić sobie, że jak się nie uda, to trzeba nadal sędziować niżej. Byli świetni warsztatowo arbitrzy, którym się nie powiodło i rzucili tym, a to znaczy, ze nie byli przygotowani mentalnie do zawodu. Jeśli w tej chwili w II lidze jest 45 sędziów, to proszę sobie wyobrazić jaka będzie ich redukcja, gdy ta liga ulegnie przemianom. 20 sędziów będzie musiało spaść. Obecnie na szczebel centralny awansować może dwóch – trzech z całej Polski. Każdy rozsądnie myślący człowiek widzi, jak małe jest to prawdopodobieństwo. Kiedy powiększano drugą ligę awansowało nagle 30 sędziów, obecni mają po prostu pecha, bo takich możliwości nie ma. Pająk jest w programie pilotażowym UEFA. Był na pięciodniowym intensywnym szkoleniu finansowanym przez europejską centralę. W programie zostało w tej chwili 15 uczestników. Podejrzewam, że z tej grupy dwóch może awansuje. Jest jedynym człowiekiem z Małopolski. 

 
 - Praca sędziego wymaga skupienia, koncentracji, ale zdarzają się sytuacje, które potrafią rozładować boiskowe napięcie.

 
 - Anegdot jest wiele. Kiedyś na meczu w Zamościu było bardzo mokro, niesamowita ulewa. Mój asystent Krzysztof Myrmus był rozpędzony, ale akcja się zatrzymała, a on hamując nie zdołał już utrzymać równowagi i piętnaście metrów sunął w strugach wody po tartanie. Często zapamiętuje się ludzi, którzy podpadają albo nadzwyczajnie się wyróżniają. Miałem kiedyś taką sytuację, że obecny trener Jagiellonii, a wtedy piłkarz KSZO Ostrowiec Świętokrzyski Piotr Stokowiec podszedł do mnie przed środowym meczem Pucharu Polski i stwierdził, że musimy się chyba bardzo lubić, nawiązując do tego, ze sędziowałem jego zespołowi również ligowy mecz w sobotę. Była to sympatyczne zagadnięcie z jego strony, nie żadna zaczepka czy złe zachowanie. Tego typu sytuacji było bardzo wiele. Trudno je wszystkie wymieniać.

 
- Oprócz sukcesów sędziowskich ma Pan na swoim koncie również wychowawczy.

 
 - Faktycznie. Jednym z moich największych osiągnięć jest wychowanie wybieranego kilka razy najlepszy sędzią asystentem w Polsce Krzysztofa Myrmusa ze Skoczowa, obecnie również sędziego międzynarodowego. Przy mnie awansował na szczebel centralny. Wielu arbitrów gratulowało mi, że tak profesjonalnie przygotowałem go do zawodu. Kiedyś włączyłem Eurosport, trafiłem na finał mistrzostw Europy do lat 21 i na linii widzę Krzyśka. To był miód na serce. Łezka się zakręciła w oku. Robi dużą karierę. Normalny, sympatyczny człowiek, z dobrymi manierami.  Ma świetną osobowość. Listkiewicz również chwali jako jednego z najlepszych.

 
 - Skończył Pan z sędziowaniem wcześniej niż mógł…

 
 - Gdy zrezygnowałem w 2001 roku miałem 38 lat i mogłem jeszcze posędziować do 45 roku życia mecze w niższych ligach. Przyszedł moment, że nie sprawiało mi to jednak tyle satysfakcji jak kiedyś, a na tym cała zabawa polega, więc zdecydowałem się wziąć rozbrat z tą praca. Ówczesny prezes Janusz Hańderek namawiał mnie do dalszego działania, pytał o moją przyszłość. Ja mu odpowiedziałem, że mam plany, ale nie związane z sędziowaniem, bo czwarta liga czy “okręgówka” nie jest szczytem moich marzeń. Poza tym przeliczając to finansowo, powiedziałem mu wtedy, że jadąc na II ligę jak usłyszałem kilka bluzgów pod swoim adresem, to wiedziałem za co, a niżej mi się nie kalkuluje, bo za każdą usłyszaną obelgę 20 groszy to za mało. Prezes się roześmiał, zaakceptował moją decyzję i od razu przywitał w gronie obserwatorów IV ligi. Poszedłem jednak na kompromis. Do wieku obserwatora zgodnie z przepisami nieco mi brakowało, więc Hańderek poprosił, żebym posędziował przez pół roku w IV lidze. Zgodziłem się. Dostałem na koniec mecz barażowy o awans do III ligi, co uznaję za wyróżnienie.

 
- Po zakończeniu kariery sędziowskiej przyszedł czas na obowiązki obserwatora. Cały czas piął się Pan w górę. Od ilu lat pełni Pan tę funkcję? 

 
- Od 2002 byłem obserwatorem IV ligi. Potem jednak miałem różnego rodzaju problemy w życiu osobistym. Musiałem zawiesić swoją pasję, działanie. Gdybym tego nie zrobił, nie poświęcił się dbaniu o inne sprawy, nie mielibyśmy okazji porozmawiać. Gdy wróciłem w 2010 roku jako obserwator musiałbym zaczynać od “okręgówki”, ale że nie byłem nowicjuszem, zostałem dokooptowany do IV ligi. Niedługo potem zwolniło się miejsce dla obserwatora w III lidze, bo ktoś nie zgłosił się do egzaminu. Oczywiście zdecydowałem się stanąć do niego w Krakowie. Cudzym kosztem nie zrobiłbym tego, ale jechałem z czystym sumieniem. Zdałem. Za jakiś czas znów pojawiła się szansa kolejnego awansu – do II ligi. Egzamin był ekstremalnie trudny. Sędziowanie idzie w kierunku profesjonalizmu, dużych wymagań. Niespecjalnie nas w Spale wtedy potraktowano. Prezes Eksztajn stwierdził, że obserwatorów jest na tyle dużo, że sobie jako związek poradzą. Zostaliśmy też poinformowani, że nawet jeśli przebrniemy przez tą selekcję, nie możemy być niczego pewni. Z 20 kandydatów przeszło czterech, a akurat tylu mogło maksymalnie ze zdających zostać. Wskoczyłem więc do II ligi. Półtora roku później nadarzyła się okazja wejścia do I ligi, co się również udało. Przeszedłem tą ścieżkę naprawdę bardzo szybko. Znalazłem się w odpowiednim miejscu i odpowiednim czasie, nie osiągając szczebla obserwatora I ligi kosztem kogoś. To dla mnie bardzo ważne. W tej chwili obserwuję II ligę. Może mało kto wie, ale na szczeblu ekstraklasy nie ma już obserwatorów. Wobec tego musieli oni zmieścić się w I lidze i niżej. To spowodowało automatycznie osunięcie się również osób przypisanych do I ligi. Nie jest to jakaś degradacja ze względu na merytorykę, warsztat, przygotowanie. Po prostu sytuacja wymusiła takie ruchy. Być może jeszcze wrócę na zaplecze ekstraklasy.

 
- Na czym konkretnie polega praca obserwatora?

 
- To zależy od ligi. W najniższych klasach trzeba człowieka nauczyć bardzo prostych rzeczy, to jest zadanie jak nauczyciela w szkole. Przede wszystkim uświadomić sędziego w jego roli. Szybko można pewne rzeczy wychwycić – czy ktoś ma zapał czy nie. Jeśli ja przekazuję adeptowi wskazówki, a on w tym momencie wypełnia załącznik, to dla mnie już jest to mocny sygnał, że niewiele go to interesuje. Proste rzeczy, czasem mowa ciała, zdradzają jakie kto ma podejście do tego, co robi. Zdarza się też tak, że młodzi ludzie chcą się dowiedzieć, pytają. Wtedy nie patrzę na zegarek, tylko poświęcam swój czas, bo widzę, że to ma sens. Zawsze tłumaczę, że mają prawo mieć inne zdanie. Jadąc we trójkę z meczu mogą zrobić burzę mózgów, ale też mówię im, że jeśli nie muszą się uczyć na swoich błędach, to niech tego unikają. Obserwator pracując wypełnia sześciostronicowy arkusz oceny, potem jest to kierowane do Kolegium Sędziów i na podstawie kolejnych meczów prowadzonych przez danego arbitra, weryfikuje się jego umiejętności. Na szczeblu centralnym są już ludzie bardzo zaawansowani, wykształceni i tam kładzie się nacisk na sprawy mentalne, warsztatowe, niuanse. Na tym poziomie sędziowie praktycznie wiedzą wszystko. Im trzeba zwracać uwagi jedynie na niuanse, zarządzanie na boisku. Zbigniew Przesmycki tłumaczy nam, że mamy być dla tych ludzi mistrzami – starszymi kolegami mającymi autorytet, potrafiącymi doradzić, wesprzeć. Czasem po trudnym meczu siedzę w szatni czterdzieści minut, aż emocje opadną, omawiamy mecz. Taka jest rola współczesnego obserwatora na szczeblu centralnym. Tam liczą się trzy oceny. Teraz mniej ważna jest jednostkowa nota. Decyduje opis pracy sędziego. Często sporządza się go kilka godzin. Druga rzecz to płyta z nagraniem meczu dostarczana arbitrowi. Ten przeprowadza w domu, w ciągu 48 godzin, samoocenę na specjalnym arkuszu. Trzecie ogniwo to obserwator telewizyjny, piłkarski ekspert, który również wystawia ocenę. Następnie cztery odpowiedzialne za to w PZPN osoby wszystko weryfikują i wydają ogólną opinię. I tak po każdym meczu. Jak widać to bardzo dobry skomplikowany i czasochłonny proces. Tak się dzieje w ekstraklasie i I lidze, przyszłościowo być może również w drugiej. 

 
 - Został wprowadzony rozwojowy program mentorski dla perspektywicznych sędziów. Na czym on polega?

 
- Doświadczeni sędziowie biorą pod swoja kuratelę utalentowanych chłopaków. Ja w tej chwili pomagam młodemu sędziemu z Suchej. To jest tak jak nauka w szkole. Przedstawia mu się abecadło. To nowatorski, bardzo mądry program, który wszedł w życie trzy lata temu. Uczenie od podstaw. Szybko wyczuwa się czy trafiło się na dobry materiał czy nie. Obserwując mecz, po 20 minutach można wyciągnąć bardzo właściwe wnioski.

 
- W wieku 26 lat został Pan przewodniczącym dużego Kolegium Sędziowskiego w Wadowicach, co było i do dziś jest ewenementem na skalę kraju. Kierował Pan nim z przerwami 13 lat. Jest Pan zadowolony z wykonanej pracy?

 
- Tak. Wiele rzeczy udało mi się zrobić. Może nie wszystko było super, ale ciekawe rozwiązania zostały do dziś. Zawsze utożsamiałem się z Wadowicami. Będąc na takim czy innym zebraniu stwierdzałem, że jestem przedstawicielem Wadowic, a nie okręgu bielskiego, jak kiedyś, czy krakowskiego. To taki lokalny patriotyzm. Chciałem, żeby o mieście, podokręgu było głośno także poprzez sport.

 
– Jak ocenia Pan kondycję wadowickiego Kolegium Sędziów?

 
- Odkąd pamiętam, z satysfakcją mogę powiedzieć, że Wadowice miały szczęście do prezesów. Jedni byli bardzo dobrzy, inni dobrzy. Nie było obozów, tarć, podchodów. Teraz rządzi Marek Skrzypczak i reszta z nim zgodnie współpracuje. Nie czuję się upoważniony do oceny sędziów naszego podokręgu. Zawsze oczywiście zdarzą się mecze, które wzbudzą emocje. Wpadki były, są i będą. Widzimy jak mylą się rozjemcy w Lidze Mistrzów, więc nie należy wymagać nieomylności u chłopaka w niższych klasach. Samo prowadzenia konkretnego meczu to jest może 25 procent całego procesu sędziowania. Resztą są kursy, spotkania, rozmowy. To jest ważne. Mam taką swoją filozofię – młodemu daj szansę, starszego szanuj. Dla mnie osobiście bardzo ważne jest to, żeby młodym udostępniać wszelkie możliwe narzędzia do rozwoju, a starszych nie strącać, poprzez podważanie kompetencji ze względu na wiek.

 
- Chętnie dzieli się Pan swoja wiedzą podczas wykładów i szkoleń, na które jest Pan zapraszany.

 
- Tak. Sprawia mi satysfakcję to że mogę przekazywać swoją wiedzę, przede wszystkim praktyczną. W zeszłym roku byłem w Nowym Sączu. Byli też prelegenci ze szczebla centralnego. Teraz gościłem w Spale, gdzie występowałem wraz z szefową centralnej komisji szkoleniowej PZPN Katarzyną Wierzbowską i Maciejem Wierzbowskim, jej mężem, sędzią międzynarodowym. Szykuje się kolejne spotkanie tego typu.

 
- Spróbuje Pan wykorzystać swoje kontakty do promowania wadowickiego Kolegium Sędziów?

 
 - Będę się starał. Rozmawiałem już z kilkoma eksponowanymi arbitrami, żeby przyjechali zrobić jakiś wykład dla naszych chłopków, którzy mieliby pewnie wielką satysfakcję. To jest trudne, bo każdy jest zabiegany, ale takie możliwości istnieją.

 
 - Gdyby pojawił się przykładowo Sławomir Stempniewski, ekspert Canal + wzbudziłby zainteresowanie nie tylko samych sędziów, ale ogólnie ludzi sportu, bo to barwna i ciekawa postać. 

 
- Rozmawiałem z nim i on akurat naprawdę jest chętny. To bardzo serdeczny i sympatyczny człowiek. Mamy dobry kontakt. Podjął temat. Posiada własny samolot, więc wycieczka do Krakowa nie jest niemożliwauśmiecha się Marek Brańka. – Być może uda się zorganizować w Wadowicach takie spotkanie, ale nie mogę zapewnić, czy obiecać, że do tego dojdzie. To póki co są luźne rozmowy.

 

 
PAWEŁ KRĘCIOCH