• moja liga
  • moja liga
  • 002
  • 002
  • slider003
Brak pluginu Flash
drewan
Jesteś: Strona główna -> Ludzie sportu -> Maciej Żak. “Gwarant profesjonalizmu i solidności”

Maciej Żak. “Gwarant profesjonalizmu i solidności”

MZ2

Przed dekadą 34-letni obecnie Maciej Żak był gorącym towarem piłkarskim w Małopolsce. Nazwisko zdolnego wychowanka Skawy Wadowice wpisane było w notesy wielu trenerów. Piłkarz grający na pozycji obrońcy trafił do Garbarza Zembrzyce, następnie do III – ligowej Skawinki. Mimo że kontuzje do dziś go omijają, właśnie wtedy nabawił się jedynego urazu, poprzez który być może stracił szansę na to, by wywindować się w hierarchii ligowej jeszcze wyżej. Znajdującego się w świetnej formie piłkarza chcieli obserwować wysłannicy wyższych szczebli. Ta szansa przepadła, ale potem pojawiały się następne. Każdy trener mający pod swoją opieką Macieja Żaka określa go dwoma słowami: “pełen profesjonalizm”.

 

 

Piłkarz od początku swojej przygody z futbolem podchodził do obowiązków bardzo poważnie, sumiennie, co procentuje tym gdzie gra obecnie i jaką ma pozycję nie tylko w swoim klubie, ale całej lidze. Przed rokiem jego pracę doceniono na Śląsku, nominując go na jednym z portali internetowych do miana sportowca roku.

 

 

Maciej Żak

Maciej Żak

Maciej Żak będzie miał wiele piłkarskich wspomnień. Grał przeciw najlepszym piłkarzom w Polsce, zaliczył występy w kadrze Małopolski. Skromny, ale świadom swojej wartości zawodnik w każdym klubie cieszy się dużym szacunkiem. W domowym archiwum posiada kilkudziesięciostronicowy zeszyt, w który żona Andżelika wkleja wszystkie informacje na temat jego dokonań. Nie są to jedynie wycinki ze składami meczów, a spore teksty z różnych dzienników poświęcone jego osobie.

 
- Po występach w III – ligowej Skawince nastąpił Twój powrót do macierzy – Skawy Wadowice, a potem rozpoczął się trwający do dziś okres najpoważniejszych wyzwań piłkarskich – zwracam się do piłkarza.



 
- Tak, wróciłem na rok do Skawy, wtedy beniaminka IV ligi, a później trafiłem na dwa sezony do Koszarawy Żywiec, z którą nie udało się awansować do III ligi. Przegraliśmy po rzutach karnych z Rakowem Częstochowa. Teraz występuję w Czańcu. Nigdy bym nie przypuszczał, że będę w tym klubie aż tak długo, bo zacząłem w nim ósmy sezon. Mimo, że Czaniec jest małą miejscowością, to warunki jakie dla piłki stworzył w niej prezes Waligóra są świetne. Gdyby więcej takich osób zajmowało się w Polsce futbolem, jego poziom byłby zdecydowanie wyższy. Zaczynaliśmy od “okręgówki”, a teraz gramy w czołówce III ligi.

 
- Jesteś jednym z niewielu piłkarzy nie grających zawodowo w piłkę, a mimo to wypełnia ona każdy Twój dzień i tylko jej się poświęcasz. Występujesz w III lidze, jesteś kapitanem zespołu, trenujesz w Czańcu grupy młodzieżowe. Dla wielu zawodników jest to wymarzony scenariusz i sposób na życie.

 
- Tak się rzeczywiście złożyło, z czego się bardzo cieszę, bo piłka kosztowała mnie dużo poświęceń. Ciężko żyć w naszych realiach tylko z piłki. Jest to trudne nawet na poziomie drugiej czy pierwszej ligi. Mnie się to udaje, ale też wszystko podporządkowywałem futbolowi mając nadzieję, że kiedyś zagram w ekstraklasie, w której, sądzę, bym sobie poradził. Może dzięki takiemu podejściu nadal omijają mnie kontuzje, a w testach sprawnościowych zawsze jestem w czołówce drużyny. Trzeba o siebie zadbać. Na naszych boiskach często zawodnicy mający 28 lat są zaniedbani fizycznie i wyglądają na starszych o dziesięć lat. Tymczasem na Zachodzie 40-letni Maldini podnosił w górę Puchar Europy. Oczywiście nie można bezpośrednio przyrównywać naszej amatorskiej piłki do zachodnich lig, ale z tego co najlepsze należy brać przykład.

 
- Kilka razy niewiele zabrakło, żebyś grał w mocnych polskich klubach. Zawsze czegoś brakowało, a to że nie dostałeś szansy w ekstraklasowym GKS-ie Katowice zadecydowało zdanie prezesa Piotra Dziurowicza, mimo że Wojciech Borecki bezwzględnie widział Cię w tym zespole.

 
- W Katowicach zrobiono casting. Zjechało się trzydziestu piłkarzy. Mnie osobiście zawsze bawią takie przeglądy, bo naprawdę ciężko w czasie jednego meczu do siebie przekonać. Ludzie spotykają się na boisku raz w życiu. Poza tym uważam, że jest to swego rodzaju alibi dla kubów mówiących “szukaliśmy”. Od tego powinni być skauci. Zagrałem wtedy dobry mecz. Wojciech Borecki wybrał z niego mnie i jeszcze jednego piłkarza. Po dwóch tygodniach treningów stwierdził, że będę mu potrzebny. Wydawało się, że sprawy zmierzają w dobrym kierunku. Przyszedł jednak prezes Dziurowicz i zagadnął w jakiej lidze wcześniej grałem. Gdy usłyszał ode mnie, że w czwartej, zapytał czy tam się trenuje i temat mojego przejścia do GKS się zakończył. Kompetencje trenera nie miały znaczenia. Być może prezes szukał ogranych w ekstraklasie zawodników. Byłem też przymierzany do Cracovii, prowadzonej przez Grzegorza Kmitę. Trenowałem tam dwa miesiące. Niestety klub w którym grałem blokował transfer. Dziś nie byłoby problemu, ale to były inne realia. Może gdybym był bardziej cierpliwy ostatecznie zostałbym w Cracovii, jednak sprawa się przeciągała, a dla mnie, wtedy 21-latka, to był zbyt długi okres bez gry. Miałem szansę znaleźć się pod skrzydłami Jerzego Kowalika w Hutniku Kraków. Zawsze czegoś zabrakło. Pojawił się też temat przejścia do akurat spadającej z ekstraklasy drużyny KSZO Ostrowiec Świętokszyski. To był okres po mojej kontuzji w Skawince. Forma była na tyle duża, że predestynowała mnie do gry. Mam odczucie, że wtedy zostałem skrzywdzony. Dawałem z siebie wszystko, ale często decydowały sprawy pozasportowe. Pewnie tak musiałoby być. Na pewno młodzi zawodnicy mają teraz dużo łatwiej. Kręcą się wokół menendżerowie. Wystarczy kilka razy kopnąć dobrze piłkę i pojawiają się jakieś możliwości. Poziom piłki przed 10-15 laty był dużo wyższy niż teraz. 

 
- Rozumiem, że nie czujesz się spełniony jako piłkarz. Predyspozycje do gry miałeś dużo wyższe w stosunku do pułapu jaki maksymalnie udało się osiągnąć.

 
- Oczywiście – nie czuje się spełniony. Będę miał zadrę i trochę żalu do niektórych ludzi, że nie potoczyło się to tak, jak mogło. Ja zrobiłem wszystko co mogłem. Może trzeba było jeszcze więcej? Opinie dobrych trenerów mówiących, że moje miejsce powinno być w ekstraklasie bardzo cieszą.

 
- Jak długo zamierzasz pograć w piłkę? Zbliżasz się do jakiegoś postawionego przez siebie ogranicznika?

 
- Kiedyś sobie powiedziałem, że będę grał dopóki piłka będzie mnie bardzo cieszyć i zdrowie pozwoli na kontynuowanie występów na boisku. Na razie oba warunki są spełnione. Jeśli uda się grać na takim jak teraz poziomie do 38 czy 39 lat będzie świetnie. Niczego nie można jednak przewidzieć. Na pewno gdy poczuję, że forma się pogarsza, nie będę próbował jeszcze gdzieś amatorsko pokopać, tylko powieszę buty na kołku.

 
- Kiedy zdecydujesz się na samodzielne prowadzenie drużyny? Z każdym rokiem ta opcja staje się bliższa.

 
- Chciałbym się przyszłościowo w stu procentach skupić na trenowaniu. Bardzo mnie to pociąga.  Nie wyobrażam sobie, że mógłbym zajmować się czymś innym. Na to ciągle pracuję. Życie pisze jednak różne scenariusze i być może będę pracował poza piłką, a trenowanie będzie zajęciem dodatkowym. Skończyłem kurs UEFA B, przymierzam się do UEFA A. Chcę go jak najszybciej ukończyć i spełniać wymogi PZPN-owskie jeśli chodzi o licencje, żeby nie było przyszłościowo problemu z trenowaniem IV czy III ligi. Trenuję na razie dwie grupy młodzieżowe. Wcześniej prowadziłem seniorów B – klasowej Łysej Góry Zawadka.

 
- Planujesz łączyć grę z prowadzeniem zespołu?

 
- Chcę żeby się to odbywało naturalnie. Wszystko zależy od tego z jakiej ligi ewentualnie dostałbym propozycję. Być może kiedyś dostanę szansę prowadzenia seniorów w Czańcu. Sądzę, że do poziomu “okręgówki” można być grającym trenerem. Później należy prowadzić zespół z ławki.

 
- Nie wykluczasz jednak objęcia zespołu z niższej ligi?

 
- Nie. Czasem zespół z klasy A może być lepiej zorganizowany i mieć ciekawsze perspektywy niż dryfująca coraz niżej drużyna z III ligi. To są bardzo ważne aspekty i trzeba na nie zwracać uwagę. Należy starać się wybierać kluby z ambicjami. Ja mam to szczęście, że zawsze z poszczególnymi zespołami idziemy do przodu. Stojąc w miejscu robi się krok w tył.

 
- Od początku przygody z piłką przypisany jesteś do dwóch pozycji. Najpierw grałeś na lewej obronie, teraz, od wielu już lat, na stoperze. Nie kusiło zdobywanie bramek?

 
- Na początku jak każdy junior próbowałem grać z przodu i strzelać gole. O tym że występuję w defensywie zadecydował przypadek. Jak to zwykle w takich sytuacjach bywa kiedyś kogoś zabrakło, postawiono na mnie, podołałem zadaniu i tak się zaczęło. Gra na boku obrony wymaga pewnych predyspozycji – dużej wydolności, zwrotności, szybkości. Nie brakowało mi tego, do tego lewa noga na boisku zawsze jest w cenie. Napastnicy mają ze mną dobrze, bo dostają dobre podania, a ja cieszę się z asyst. Z czasem człowiek nabywa doświadczenia. Cieszę się, że moja występy na boisku nigdy nie były i nie są sinusoidalne. Udaje się utrzymywać równy, dobry poziom.

 
- Miałeś wielu trenerów. Od kogo nauczyłeś się najwięcej?

 
- Każdy szkoleniowiec coś daje piłkarzowi, uczy. Bardzo dobrze wspominam Eugeniusza Fornalczyka z Garbarza Zembrzyce. Teraz już starszym człowiekiem, ale miał kapitalne podejście do młodych zawodników, no i dobrze prowadził zespół. Profesjonalistą był trener Czańca Wojciech Madej (obecnie prezes Kalwarianki – przyp. red). Miałem okazję pracować z dobrymi fachowcami. Najwyżej, bo aż do ekstraklasy zawędrował Marcin Brosz, obecnie szkoleniowiec Piasta Gliwice. Z nim akurat pracowałem tylko pół roku w Koszarawie Żywiec, ale można było przypuszczać, że kiedyś osiądzie w ekstraklasie. Miał świetny warsztat.

 
- Z Koszarwą Żywiec wiążą się chyba najmilsze wspomnienia piłkarskie. Zaszaleliście w Pucharze Polski sezonu 2004/2005. Wtedy Maciej Żak nie pozwalał na wiele ligowym lisom pola karnego, choćby z krakowskiej Wisły.

 
- To była świetna przygoda. Po wygraniu początkowych rund, w pierwszej na szczeblu centralnym ograliśmy Polar Wrocław, co dało nam przepustkę do 1/16 fazy grupowej Pucharu Polski, bo w tamtym sezonie w takiej właśnie formule był rozgrywany. W grupie przyszło nam, czwartoligowcom, mierzyć się w dwumeczach z naszpikowaną sławami Wisłą Kraków, a także Szczakowianką Jaworzono, wtedy z zaplecza ekstraklasy i Tłokami Gorzyce grającymi w III lidze. Nie tylko ja wtedy dobrze sobie radziłem. Myśmy z tej grupy wyszli wraz z Wisłą Kraków. Trafiliśmy w 1/8 na Koronę Kielce i w dwumeczu ulegliśmy 3:4, choć kielczanie byli wtedy już po dwóch obozach przygotowawczych i mieli świetny zespół. Zwycięskiego gola na 2:1 strzelił dla Korony w Kielcach znany w całej Polsce “Kiełbasa”, czyli Grzegorz Piechna. Oczywiście wcześniej w grupie najbardziej prestiżowe były mecze z Wisłą Kraków. Mam zdjęcia, na których walczę z Żurawskim, Gorawskim czy innymi piłkarzami. Między innymi dzięki bezpośredniej konfrontacji z takimi piłkarzami wiem, że ekstraklasa to nie był dla mnie za wysoki próg.

 
- Śledzisz rozgrywki ligowego na niższych szczeblach. Jak ocenisz poziom?

 
- Jestem ze wszystkim na bieżąco poprzez gazety i portale. Muszę stwierdzić, że przykładowo “okręgówka” jako liga nie prezentuje wysokiego poziomu. Grają w niej dużo słabsze drużyny niż kilka lat temu. Dodatkowo dziwi mnie, że na takim poziomie jest bardzo małe zainteresowanie kibiców. Pod tym względem dużo lepiej wygląda to w mniejszych miejscowościach i niższych klasach, gdzie na mecz przychodzi po 200 albo i więcej osób. Staram się wolny czas poświęcać żonie i synkowi, ale jeśli już wybieram się na mecz, to jest to klasa A. Tam oprócz kibiców jest też dużo większe zaangażowanie zawodników na boisku. Widać autentyczną radość z gry.

 
- Jak Twoim zdaniem można zachęcić młodzież do uprawiania piłki, zostania przy niej? Ewidentnie staje się to coraz poważniejszym problemem.

 
- Różne warunki muszą być spełnione. Lepiej zorganizowane ośrodki mają łatwiej. Nie wszystkie kluby stać na ciągłość pracy. Na pewno powinien być w klubie trener z charyzmą, potrafiący się porozumieć z młodzieżą, a jednocześnie wymagający. Musi być jakiś wzorzec. Temat jest jednak trudny. Chłopcy 17-18 letni opuszczają po kilku latach gry klub ze względu na to, że muszą pracować. Nie mają czasu na trening. Ja apeluję żeby starać się godzić piłkę z życiem zawodowym, prywatnym. Sport wiele uczy, hartuje. Czasem obserwuję zawodników w młodszych grupach i myślę sobie, że jeden czy drugi ma szansę na zaistnienie w poważnej piłce, a potem nagle taki piłkarz rezygnuje. Analizuję zachowanie młodych ludzi i dochodzę do wniosku, że mnie i moje pokolenie można nazwać już dinozaurami jeśli chodzi o podejście do gry, zaangażowanie w to co się robiło.

 
- Siłą napędową polskiej piłki miał być orliki. Tymczasem nikt nie pomyślał, że mimo wielu niewątpliwych zalet jakie posiadają, można im przypisać również to, że jednak odciągają młodzież od piłki tradycyjnej, trawiastej. Są już grupy młodych ludzi nie wychodzących na prawdziwą murawę, a uganiających się w turniejach tylko po sztucznej nawierzchni. Orlik powinien być urozmaiceniem, a nie celem samym w sobie. Inny wysiłek, inna geometria.

 
- Oczywiście świetnie, że takie boiska powstają. Gdyby były w czasach mojej młodości pewnie by się ciężko było na nie dostać. Jest grupa młodzieży, która chce się tam właśnie wyżyć i bardzo dobrze. Rzeczywiście jednak zmierza to w tym kierunku, że rozgrywki na orlikach stają się powoli odmianą piłki nożnej, jak futsal.

 

 
PAWEŁ KRĘCIOCH