• slider003
  • 002
  • moja liga
  • moja liga
  • 002
Brak pluginu Flash
drewan
Jesteś: Strona główna -> Ludzie sportu -> Krzysztof Wądrzyk, szkoleniowiec Beskidu Andrychów. “Rozwój treningu piłkarskiego to ciągła dynamika”

Krzysztof Wądrzyk, szkoleniowiec Beskidu Andrychów. “Rozwój treningu piłkarskiego to ciągła dynamika”

DSC00676-crop

Ma 35 lat, a za sobą już dosyć bogatą przeszłość trenerską. Nie może być inaczej, skoro pierwszej pracy z seniorami podjął się w wieku 22 lat. Zaczynał w Dębie Tomice godząc obowiązki szkoleniowca, piłkarza i studenta. Krzysztof Wądrzyk – dobry niegdyś piłkarz, wychowanek Beskidu Andrychów. Człowiek pewny siebie, żywo reagujący na boiskowe wydarzenia, świadomy trenerskiej roli i swoich obowiązków w zarządzaniu zespołem.

 
- Dlaczego piłkarz związany z Andrychowem zdecydował się akurat na klub z Tomic? – pytam Krzysztofa Wądrzyka

 

 

Krzysztof Wądrzyk

Krzysztof Wądrzyk

- Zanim zostałem trenerem w Dębie, sezon wcześniej byłem tam piłkarzem w czasach bardzo mocnej drużyny, budowanej przez sponsorującego wtedy klub Marka Kolasę. Biliśmy się o “okręgówkę”. Dobrze dogadywałem się z prezesem i on zaproponował mi później, w trudniejszych czasach, prowadzenie zespołu. Celem było uniknięcie degradacji, co się udało. Potem notowaliśmy dobre wyniki. Nie ma się też co oszukiwać – był to czas, gdy klubu szukały oszczędności i najlepiej było zatrudnić kogoś, kto będzie przede wszystkim zawodnikiem, a przy okazji trenerem.

 
- Kiedy poczułeś, że trenowanie stanie się dla Ciebie czymś więcej niż rozrywką?

 
- Właśnie w Tomicach. Jestem wychowankiem Beskidu Andrychów, ale dosyć szybko zrozumiałem, że nie będę wielkim piłkarzem. Dużego talentu piłkarskiego nie miałem. Do wszystkiego dochodziłem pracą, co zostało docenione w Kleczy, w której przez dłuższy okres grałem. Będąc zawodnikiem czułem, że mam do trenerki predyspozycje, bo nawet nie będąc kapitanem potrafiłem drużynę zmobilizować, “poukładać”. Ludzie, nawet w czasach szklonych, chcieli iść za mną. Być może to jakieś wrodzone cechy przywódcze, ale ja zawsze umiem się ze wszystkimi dogadać.

 
- Bardzo ważny okres Twojej dotychczasowej przygody z trenowaniem przypadł na czas pracy w Zniczu Sułkowice Bolęcina, z którym wywalczyłeś awans do “okręgówki”.



 
- Na pewno było to spore osiągnięcie drużyny i moje też. Dodało pewności siebie. Mój dobry start zawdzięczam świetnej drużynie i dobrej atmosferze w niej panującej. Później w “okręgówce” firmy takie jak Janina Libiąż, Beskid Andrychów, Górnik Brzeszcze podchodziły do nas z dużym respektem. Nigdy nie pozwoliłem sobie na “partyzantkę”. Od początku stawiałem na profesjonalizm. To wszczepiam w kolejnych klubach. Do dziś prezes Znicza Leszek Książek wspomina, że wtedy wszystko zostało dokładnie zaplanowane. Teraz podobną droga próbuje iść Marek Kudłacik. Pracowałem w Bolęcinie w latach 2003-2006. Wszedłem na nieco inny pułap. Potem równie dobre wyniki notowałem z Zaporą Porąbka, następnie w Iskrze Klecza. To napędzało. Sądzę, że praca w Sułkowicach spowodowała, że stałem się trenerem zauważanym nie tyko w lokalnym społeczeństwie. Miałem później różne propozycje. Ostatecznie trafiłem w zupełnie obce środowisko, do Porąbki.

 
- Jak postrzegasz zmiany zachodzące w procesie trenowania w ostatnich kilkunastu latach?

 
- Widzę dużą dynamikę zmian. Obserwowałem trenerów gdy byłem piłkarzem, ale wiedza którą wtedy przekazywali okazuje się już w tej chwili mało przydatna. Sposób trenowania zmienia się błyskawicznie. Nachodzą mnie refleksje, jak człowiek mógł w taki sposób trenować. Tak to wyglądało wszędzie i jak każdy zawodnik starałem się na treningu wykonywać zadania zgodnie z zaleceniami, byłem otwarty na wszystko. Praca szkoleniowa poszła tak do przodu, że badania wydolnościowe są już na poziomie “okręgówek”. Trening bywają zindywidualizowane.

 
- Na pewnym etapie trenerskiego wtajemniczenia, kolejne szkolenia nie powodują raczej ciągłego i szybkiego przyrostu wiedzy. Trudno żeby ktoś, kto nad warsztatem pracuje lata, odkrywał karty słuchaczom ot tak…

 
- Przyznam, że większość organizowanych dla trenerów kursów to masło maślane. Nie dowiadujemy się niczego nowego, a jeśli już, to ciekawostki treningowe, które mnie zainteresują oczywiście próbuję wdrożyć w moją filozofię. Nikt nam nie sprzeda swojej wiedzy, więc trzeba wychwytywać, to co wartościowe. To jest tak, jakby ktoś dał posmakować cukierka przez papierek. Na pewno jest to trudne. Niby coś jest pokazane, ale w ogólnym zarysie. Nie ma podane jak to rozłożyć na czynniki pierwsze. Kto jest sprytny, próbuje analizować i swoimi drogami do tego dojść. Więcej podczas takich spotkań dają luźne rozmowy z innym trenerami. Ja dziś wiem może połowę tego, co chciałbym wiedzieć jako trener. Szkoleniowiec który stwierdzi, że już wszystko wie, jest spalony. Trzeba to reformować. Wytykam piłkarzom ewidentne błędy, ale szukam też powodów porażek, słabej gry u siebie.

 
- Może więcej dają staże? Jest możliwość ich odbywania.

 
- Jest, ale w Polsce nie jest to zorganizowane tak jak być powinno, choć sytuacja się poprawia. Nie może to wyglądać w ten sposób, że jedzie się do ekstraklasowego klubu, poogląda treningi zza płotu, a potem ktoś podbije papierek. Staż to wejście w drużynę, przebywanie z nią podczas meczów, na odprawach, rozmowy z trenerami. Tak to wygląda na Zachodzie. Jest też inna kwestia. Ja przykładowo mogłem być dwukrotnie za czasów Urbana w Legii Warszawa, ale nie pojechałem, bo kto w okresie przygotowań do rundy wiosennej miałby się opiekować drużyną? Przecież jej nie zostawię. Bardzo chciałbym z czegoś takiego skorzystać, ale też prawda jest taka, że również praca poza klubem mi na to nie pozwala. Być może, gdy będę miał kiedyś chwilowy rozbrat z trenowaniem, chętnie poszukam takiej możliwości.

 
- Biorąc pod uwagę te wszystkie uwarunkowania wydaje się, że już na poziomie III ligi następuje dosyć poważna weryfikacja umiejętności trenerskich. Skoro w większej części bazuje się na własnym doświadczeniu, osoby sobie nie radzące, bez predyspozycji, odpadną.

 
- Tak, ale to nie jest tylko kwestia III ligi. Dokładanie tak samo wygląda to w IV czy V lidze. Na pewno dla trenera każdy poziom wyżej jest progiem, trudnością, ale trzeba sobie z tym radzić. Przykładowo w III lidze mam chłopaków ogranych, mocnych piłkarsko. Wchodząc do szatni Beskidu zastałem w niej kolegę z dzieciństwa Tomka Moskałę. On grał grubo ponad 200 meczów na najwyższym poziomie. Z początku przeszła mi przez głowę myśl, że nie wiem, czy on dowie się ode mnie czegoś ciekawego, ale z czasem sam mówił, że potrafiłem go zaskoczyć ciekawym treningiem, rozwiązaniem, którego nie przerabiał. Na pewno nie taktyką, bo na tym zęby zjadł. Nie mogę im opowiadać dyrdymałów, bo potrzebują konkretów i wskazówek. To jest taka naturalna selekcja. Wtedy wychodzi czy trener ma autorytet, odpowiedni warsztat, czy potrafi dotrzeć do grupy i prowadzić ją w dobrym kierunku. Przecież piłkarz na takim poziomie zorientuje się, czy trener ma dużą wiedzę na temat piłki, czy nie. Szkoleniowca oczywiście można wziąć z “łapanki”, ale weryfikacja jego pracy nastąpi szybko. Czasem bywa inaczej. Ktoś mający dobry warsztat nie trafi ze swoją koncepcją do grupy ludzi, nie będzie miał odpowiedniego materiału, ostatecznie nie poradzi sobie i zostanie zwolniony. W wyższych ligach nie ma już przypadku. Jeśli się nie nadajesz, nie masz prawa egzystować. Cały czas trzeba pracować. Mam kontakt z piłkarzami, trenerami z ekstraklasy, czy pierwszej i drugiej ligi. Rozmawiamy, zgłębiamy temat. Oczywiście gdybym przeniósł do Andrychowa ekstraklasowe treningi, to byłbym spalony. Tam zawodnik jest po kolejnych treningach w pełni zregenerowany, a tu przychodzi po 8 czy 10 godzinach pracy i musi “wziąć” jeszcze trening.

 
- Jako trener Beskidu wraz z zarządem założyliście, że będzie penetrować lokalny rynek piłkarski dając szansę perspektywicznym piłkarzom.

 
- I robimy to. Rozmawiam z bardzo wielu chłopakami. Jest jednak bardzo trudno. Właściwie udało się ściągnąć do gry Marczaka z Halniaka Targanice, który zresztą wyjeżdża za granicę. Zawodnicy przychodzą na dwa treningi i pytają: “trenerze, codziennie?”. Ja odpowiadam: “masz dwadzieścia lat, tak się trenuje”. I dziękują za grę. Jest to duży przeskok. Moi piłkarze zbierają się o 17, pół godziny przed treningiem. Mają jakieś gratyfikacje, bo to na tym poziomie oczywiste, ale nie są w stanie z tego wyżyć. Jestem dla nich pełen podziwu, bo codziennie pracujemy naprawdę ciężko. Tak musi być. Będzie bałagan na treningu, to pojawi się on również na boisku i w szatni.

 
- Starasz się rozwijać, więc na pewno ambicją jest prowadzenie drużyny na jeszcze wyższym szczeblu.

 
- To oczywiste. Takie założenie powinna mieć każda osoba zabierająca się za trenerkę. Nie przerosła mnie klasa A w wieku 22 lat, nieco później Znicz, także IV – ligowa Zapora Porąbka w której pracowałem nie mających skończonych 30 lat. Teraz będąc 35-latkiem dobrze się czuję na szczeblu III ligi. Do teraz jakoś da się to pogodzić z obowiązkami rodzinnymi. Mam dwójkę małych dzieci. Człowiek musi zapewnić rodzinie byt, a praca w piłce to nic stabilnego. Zawód trenera jest wejściem  na karuzelę. Nawet jeśli podpisze się kontrakt, to dziś jesteś, jutro cię nie ma. Na razie to nieco zawieszam. Być może jeszcze nie jestem przygotowany do większych wyzwań. Były zapytania o moją osobę i telefony z II ligi, z głębi Polski. Nie zdecydowałem się.

 
- Trenerzy z najniższych szczebli mogą pomarzyć o komforcie pracy, czy choćby zadowalającej frekwencji treningowej.  Znasz ten temat od podszewki…

 
- Ich praca wygląda zupełnie inaczej. W typowo amatorskiej piłce, począwszy od klas C, B, trener ma dużo mniejszy wpływ na zespół. Szacuję, że w tych ligach może on oscylować wokół 30 procent, bo brakuje tam profesjonalnych zachowań, są pewne ograniczenia i finansowe, i wynikające z materiału piłkarskiego. Wyżej wygląda to lepiej, bo szkoleniowiec ma komfort doboru współpracowników, zawodników. Przyznam, że teraz miałbym ciężko wrócić na poziom klasy B czy A. Nie dlatego, że Wądrzykowi uderzyła sodówka do głowy, bo jest trenerem w III lidze. Poradziłbym sobie tam, ale to zupełnie inna specyfika – sporadyczne treningi w okrojonym mocno składzie, czy też zdarzające się nieprzygotowania piłkarzy do meczu.

 
- Coraz większa grupa młodych ludzi zapisuje się na kursy trenerskie, chce spróbować sił. Taka nowa moda – nie piłkarz, nie sędzia, a trener…

 
- Dobrze, że tak się dzieje. Dziś wiedza jest o wiele bardziej dostępna niż 10 czy 15 lat temu. Kiedy ja zaczynałem, bazowało się na obserwacji wyniesionej ze współpracy z takim czy innym trenerem, tyle że jak już wspominałem, ciężko jest z niej w tej chwili korzystać. Na razie pracy tych zaczynających działać trenerów bym nie weryfikował. Trzeba dać szansę popracować, choć na pewno w klubach powinni się przyglądać temu jaki ten szkoleniowiec ma zapał, czy umie integrować zespół, jakim sam jest ogniwem. Jeśli się okaże dobry, “poukłada” zespół, zrobi awans i będzie mu się nadal chciało pracować, to się przebije. W piłce, w skali całego sezonu, nie ma przypadku, farta.

 
- Trener jest tak dobry jak bogaty ma warsztat pracy i jakie wyniki osiąga, ale co poza tym powinno charakteryzować dobrego szkoleniowca?

 
- Na pewno charyzma, pewność siebie, ale są to też cechy różnorako odbierane. Trzeba rozumieć piłkarzy, ich sytuację, uczciwie ich traktować, potrafić zmotywować i przekonać. Musi być jednak jakaś granica. Jest czas na uśmiech i żarty, ale też na harówkę i wymagania. Im wyżej się trenuje tym łatwiej to wdrożyć. Jeśli trener w klasie B będzie miał wymagania nieprzystające do tej ligi, niedługo popracuje. Mnie się wydaje, że ważną cechą w tych niezawodowych ligach jest elastyczność, umiejętność wkomponowania się w środowisko, do tego obowiązkowość, przygotowanie.

 
- Zdarzają się sytuacje wydawałoby się abstrakcyjne, gdy młody trener zaraz po skończeniu kursu uprawniającego do pracy, proponuje swoje usługi w klasie C za 1400 złotych…

 
- Jest to zabawne, ale też tak skonstruowany jest rynek. Nikt mu nie zabroni się cenić. Jeśli są kluby, które płacą tyle takiemu chłopakowi… Dokładnie taka sama sytuacja jest z piłkarzami. Rozmawiam z zawodnikiem z “okręgówki” i pytam: “chcesz przejść do mnie?”, a on na to: “chcę, ale ile zarobię?”. Wtedy ja tłumaczę, że musi potrenować u mnie przez dwa tygodnie, zadecydujemy, a on, że go to nie interesuje, jeśli nie zarobi tyle, ile sobie wymyślił. Rynek jest totalnie zepsuty i odpowiadają za to kluby, płacąc przykładowo w klasie A tyle co w III lidze lub nawet więcej.

 
- Wprowadzono obowiązkowe zatrudnianie wykwalifikowanych trenerów na najniższych szczeblach. Twoim zdaniem to konieczne czy taka decyzja, biorąc pod uwagę ubogie przecież kluby, jest na wyrost?

 
- Na niższych szczeblach, jak już zaznaczałem, trener nie ma aż tak dużego wpływu na wyniki. Zatem na pewno nie do końca jest to potrzebne, ale trudno, takie są wymagania. Z drugiej strony albo chcemy iść do przodu, rozwijać się albo sobie tylko kopać w piłkę. Przyznam, że trudno jednoznacznie odpowiedzieć czy to jest dobry czy zły przepis. Kluby borykają się przecież z kłopotami finansowymi. W czasie sezonu wiele rzeczy trzeba opłacić. Chwała wszystkim społecznikom za poświęcenie.

 
- A propos społeczników. Do tej pory w najniższych klasach to na ich barkach spoczywa ciężar utrzymywania klubu. Działają całe lata, poświęcając wiele swojego czasu. Często spośród bezinteresownie biegających po boiskach piłkarzy rekrutowali się trenerzy, zintegrowani ze społeczeństwem. Obowiązkowe wejście “obcego”, zarabiającego trenera w ten lokalny system, może go nieco zburzyć, biorąc pod uwagę specyfikę niektórych środowisk.

 
- Na pewno jest możliwe zaistnienie problemu. Kluby jednak muszą szukać możliwości na miarę własnego budżetu. Jeśli mają do dyspozycji przykładowo 10 tys. złotych na rok, powinni się rozejrzeć za trenerem, który chce się rozwijać i przyjdzie pracować za symboliczne pieniądze. Dobrym rozwiązaniem wydaje się też być wysłanie jakiegoś swojego piłkarza na kurs pozwalający trenować w klasie B czy C. Jest to jakieś wyjście. Czasy są bardzo trudne i złotego środka nie znajdziemy.

 
PAWEŁ KRĘCIOCH