• moja liga
  • 002
  • 002
  • slider003
  • moja liga
Brak pluginu Flash
drewan
Jesteś: Strona główna -> Klasa B1 -> Klasa B I. Relacje z 10 kolejki.

Klasa B I. Relacje z 10 kolejki.

P0_DSC08846

Lider z Grzechyni nieco stracił impet w dwóch ostatnich kolejkach. Znów podzielił się punktami, tym razem z KS Bystra. Watra Zawoja (na zdjęciu) pokonała Błyskawicę Marcówka 3:0 za sprawą hat-tricka Patryka Miki. Remisy Dębu Sidzina z Jubilatem Izdebnik i LKS Bieńkówka z Żurawiem Krzeszów należy uznać za sprawiedliwe rozstrzygnięcia. Świt Osielec wpadł ostatnio w problemy kadrowe, co wykorzystała grająca na jego terenie Olimpia Zebrzydowice, zdobywając bezcenne punkty. Huragan Skawica w końcu wygrał mecz. Stało się to kosztem Strzelca Budzów, który nie zagrał dobrych zawodów. Gospodarze za to walczyli niezwykle ambitnie.

 

 

 
KS BYSTRA – GROM GRZECHYNIA 1:1 (1:1)

 
Bramki: Basiura 38 – Piotr Surmiak 20.

 
BYSTRA: Pustuła – Wnętrzak, Mikołajczyk, Kulka, Sroka – A. Gałka (80 Chorąży), Szewczyk, Błachut (70 Ciapała), Wójtowicz – Basiura, Bisaga.

 
GROM: Krupczak – Zguda, Białończyk, Urbański, Paweł Surmiak – Bogacz, M. Surmiak, Ceremuga, Kudzia – Piotr Surmiak, Dyrcz.

 
- Dwa ostatnie mecze zremisowaliśmy 1:1przypomina trener Gromu, Stanisław Klimala. – W przeciwieństwie do rywali, takie wyniki absolutnie nas nie satysfakcjonowały. My schodziliśmy z boiska z opuszczonymi głowami, a przeciwnicy świętowali. O tym, że nie wygraliśmy w Bystrej zadecydowała fatalna skuteczność. Gospodarze oddali praktycznie dwa groźne uderzenia w całym meczu, a my pudłowaliśmy na potęgę w najprostszych sytuacjach. W 90 minucie „piłkę meczową” miał Piotr Surmiak, ale nie trafił do pustej bramki.



 
Zaczęło się od ataków przyjezdnych. Już w 5 minucie wynik mógł otworzyć Piotr Surmiak. Napastnik Gromu przestrzelił jednak obok słupka. Precyzyjniejszy był kwadrans później, kiedy z ostrego kąta zamykał trójkową akcję. Po chwili mogło być 0:2, ale Piotr Surmiak nie trafił w światło bramki z 8 metrów. Dwukrotnie (15 i 17 min) głową Pustułę próbował zaskoczyć Dyrcz. Jego pierwsze uderzenie minęło cel, a za drugim razem na miejscu był golkiper Bystrej. Tymczasem w 38 minucie wyrównali gospodarze. W polu karnym faulowany był Błachut i arbiter wskazał na 11 metr. Z pierwszym uderzeniem Basiury poradził sobie Krupczak, ale poprawka głową napastnika miejscowych była już bezbłędna. Początek drugiej odsłony to kilka ataków drużyny prowadzonej przez Marcina Wnętrzaka. Groźniejsi byli jednak piłkarze lidera. Tuż przed końcem Kudzia dograł na 5 metr do Piotra Surmiaka, ale ten przeniósł futbolówkę nad poprzeczką.

 
- Końcowy wynik nie jest zły, ale z naszej gry nie możemy być zadowoleniocenia Stanisław Łazarz, kierownik zespołu z Bystrej. – Było zbyt dużo przestojów, przez co pozwoliliśmy rywalowi na zdecydowanie zbyt dużo. Na boisku dominowała walka. Wiele akcji z jednej i drugiej strony „załamywało się” na linii pola karnego. Przed nami ostatni mecz w tym roku. Jedziemy do Marcówki, gdzie będziemy chcieli powalczyć o komplet punktów.

 

 

 

 
WATRA ZAWOJA – BŁYSKAWICA MARCÓWKA 3:0 (1:0)

 
Bramki: Mika 40, 65, 80.

 
WATRA: Wolski – Zięba, Stopka, Basiura, Zguda – G. Antosiak, M. Antosiak, Kaczmarczyk, Dyrcz (63 Listwan) – Bury, Mika.

 
BŁYSKAWICA: Brańka – Paczka, Jacek Pindel, Kania (77 Pilch), J. Rak (68 Zgudziak) – Kasprzycki (53 Urbański), Nosal, K. Rak, Jakub Pindel – Karcz, Pasternak.

 
- Kompletnie nie wyszedł ten mecz naszym kluczowym zawodnikom, którzy są odpowiedzialni za kreowanie grymówi Janusz Suwada, szkoleniowiec Błyskawicy. – Zagrali zdecydowanie poniżej swoich możliwości. To było klasyczne spotkanie na tzw. „mocne 0:0″. Nie ustrzegliśmy się jednak błędów, dlatego punkty zgarnął rywal. Nie można jednak usprawiedliwiać zdecydowanie słabszej dyspozycji naszego zespołu. Watra potrafiła to bezlitośnie wykorzystać i zasłużenie wygrała.

 
Na początku spotkania piłka wylądowała w bramce gospodarzy. Z dystansu kropnął Jakub Pindel, ale bramkarz Watry zdołał sparować uderzenie. Ten sam zawodnik skutecznie poprawił swój strzał, jednak sędzia uznał, że przy dobitce faulował Wolskiego. Zanim miejscowi otworzyli wynik, stworzyli dwie tzw. „setki”. Najpierw po uderzeniu G. Antosiaka piłka odbiła się od wewnętrznej części słupka, tańcząc na linii. Później głową Brańkę próbował zaskoczyć Mika, ale golkiper Błyskawicy spisał się bez zarzutu. Wreszcie po dograniu M. Antosiaka głową dokładnie przymierzył Mika. Ten sam zawodnik podwyższył wynik 20 minut po zmianie stron. W roli asystenta wystąpił Listwan, który ładnie uciekł do linii końcowej i wycofał piłkę na 11 metr do Miki. Ten ostatni skompletował hat-tricka na 10 minut przed końcem – popisał się efektownym wolejem po podaniu G. Antosiaka.

 
- Jestem zadowolony zarówno z wyniku, jak i tego co zespół pokazał na boiskucieszy się grający trener Watry Zawoja, Łukasz Stopka. – Wygraliśmy wysoko, stwarzając sobie kilka ciekawych okazji pod bramką przeciwnika. Ważne też, że ustrzegliśmy się błędów w defensywie i zakończyliśmy spotkanie „na zero w tyłach”. Błyskawica to więcej niż solidny rywal, dlatego punkty cieszą podwójnie. Odniosłem wrażenie, że „pękli” po golu na 2:0. Wynik nie jest dziełem przypadku.

 

 

 

 
DĄB SIDZINA – JUBILAT IZDEBNIK 0:0

 
DĄB: Sitarz – J. Kostka, P. Kostka, Korbel, Gałka (60 Kulka) – Jaromin, Malada, Szpak (85 Sutor), Czarny (70 Handzel) – Pastwa, Lipa.

 
JUBILAT: Matuła – Turek, Żurek, Gołąb, Radoń – Bartyzel, Knap, Klimczyk, Wierzbiński – Madej, Cora.

 
- Dąb to solidny zespół i Sidzina jest niewątpliwie trudnym terenemrozpoczyna Adrian Dolny, zawodnik Jubilata Izdebnik. – Zdobyliśmy punkt, który trzeba uszanować. Niemniej z poczuciem sporego niedosytu wracaliśmy do domu. Z powodzeniem mogliśmy bowiem ten mecz wygrać. W drugiej połowie stworzyliśmy „setki”, które wystarczyło wykorzystać. Z tego właśnie powodu ten rezultat odbieramy jako strata dwóch punktów, a nie zysk jednego.

 
Przed przerwą czystych bramkowych sytuacji było jak na lekarstwo. Dobrą okazję do otwarcia wyniku miał Pastwa, ale zamiast decydować się na techniczne rozwiązanie uderzył siłowo obok bramki. Z dystansu Matułę próbował jeszcze zaskoczyć Jaromin. Po drugiej stronie boiska dośrodkowanie z kornera głową zamykał Cora, ale również zabrakło precyzji. Więcej pracy obaj bramkarze mieli po zmianie stron. Efektowną akcję Jaromina, Lipy i Kulki kończył ten ostatni, ale niepotrzebnie uderzył prostym podbiciem. Gdyby przymierzył lekko i dokładnie, kibice Dębu mogli się cieszyć z prowadzenia. Gospodarze od 70 minuty grali w przewadze, bo czerwoną kartkę za uderzenie łokciem Szpaka zobaczył zawodnik Jubilata. To jednak paradoksalnie grający z kontry przyjezdni mogli wyprowadzić zabójcze ciosy. W sytuacji sam na sam znaleźli się Cora i Wierzbiński, ale kapitalnie i z dużym szczęściem interweniował Sitarz.

 
- Uczulałem zespół, że powinniśmy prowadzić grę po ziemi, bo wszystkie wysokie piłki grane w pole karne „kasował” stoper Jubilatamówi Mariusz Zawiła, trener Dębu Sidzina.Tymczasem my uparcie wrzucaliśmy futbolówki w „szesnastkę”. Łącznie ze mną miałem do dyspozycji aż 21 ludzi. To prawdziwy ewenement. Kompletnie nie przełożyło się to jednak na jakość. Na boisku dominował chaos, notowaliśmy mnóstwo strat. Oglądaliśmy słaby, typowo B-klasowy mecz. W końcówce odkryliśmy się, bo za wszelką cenę chcieliśmy wygrać. Dzięki temu rywal miał sposobność do kontr.

 

 

 

 
ŚWIT OSIELEC – OLIMPIA ZEBRZYDOWICE 1:4 (0:2)

 
Bramki: Oleksa 75 – Łężniak 13, 72, Ożóg 30, Foryś 86.

 
ŚWIT: W. Traczyk – Łach, Bachul, Herman, Motor (46 Guzik) – G. Traczyk, Kopacz, Oleksa, Kalemba – Malik, Gancarz.

 
OLIMPIA: B. Kania – Opyrchał, Ożóg, M. Kania, Duchecki – Salawa, Smajek, Goczał, Łężniak – Foryś, Z. Kania.

 
- Na kwadrans przed meczem było nas raptem dziewięciugrzmi trener Świtu, Witold Romanowski.W ostatniej chwili łaskawie uzbierał się komplet. Niektórzy wolą posiedzieć na trybunach i głaskać dziewczynę po ręce, zamiast powalczyć jak mężczyźni na boisku. Jeżeli komuś większą frajdę sprawia ogrywanie 40-latków na orliku, to droga wolna. Ja nie przyjmuję takiego toku rozumowania. Został jeden mecz po którym trzeba usiąść, porozmawiać i odpowiedzieć sobie na pytanie, czy warto dalej ciągnąć ten wózek.

 
Po niespełna kwadransie gry Olimpia objęła prowadzenie. Piłkę z głębi pola zagrał Goczał, a uwagę obrońców absorbował Z. Kania. Skorzystał z tego Łężniak i nie dał szans W. Traczykowi. W 30 minucie było już 0:2. Futbolówkę z lewej strony na 11 metr dograł Z. Kania, a jego dośrodkowanie skutecznie głową zamykał Ożóg. Jeszcze przed przerwą zebrzydowiczanie mogli podwyższyć prowadzenie. Z okolic „szesnastki” strzelał aktywny Z. Kania, ale W. Traczyk zdołał sparować piłkę na korner. Jednak co się odwlecze…W 72 minucie po zgraniu Z. Kani do Goczała, ten ostatni na lewym skrzydle uruchomił Łężniaka. Autor pierwszego gola uderzył przy „długim” słupku pod poprzeczkę i przyjezdni prowadzili już 3:0. Honor Świtu uratował Oleksa, który z 18 metrów przymierzył z woleja nie do obrony. Asystę przy tym trafieniu zapisał na swoim koncie Kalemba. Końcowy wynik ustalił Foryś, któremu dokładnie podawał Ożóg.

 
- Wywalczyliśmy ważne punkty po dobrym w naszym wykonaniu i toczonym w atmosferze fair-play meczuocenia grający prezes Olimpii, Zbigniew Kania. – Dwa gole zdobyte przed przerwą „ustawiły zawody”. W końcowych fragmentach skupiliśmy się na uważnej grze w defensywie, a swoich szans szukaliśmy w kontrach. Sprawy osobiste i kontuzje sprawiły, że nie mogłem skorzystać z usług Pocztowskiego, Brańki i Franika. Tego ostatniego zabraknie prawdopodobnie także w najbliższym spotkaniu z Dębem Sidzina.

 

 

 

 
HURAGAN SKAWICA – STRZELEC BUDZÓW 3:2 (2:1)

 
Bramki: M. Pacyga 30, S. Pacyga 40, Góra 53 (karny) – Sikończyk 10 (samobójcza), Gałuszka 70.

 
HURAGAN: Sikończyk – B. Pacyga, Żywczak, Buba, Dyrcz – W. Pacyga, D. Pacyga, S. Pacyga, M. Pacyga (65 Kudzia) – Góra, Wojtyczko.

 
STRZELEC: J. Gielata – Reciak, Kwaśniowski, D. Gielata, Klimowski – Grygiel, Krzysztoń, Gałuszka, Sergiel – Marek Daniel (46 Burliga), Mateusz Daniel.

 
- Cieszymy się, że wreszcie udało się zgarnąć pełną pulęmówi grający trener Huraganu Skawica, Dawid Góra.To dla nas niezwykle istotne. Mieliśmy niezły skład i drużyna ambitnie powalczyła przez pełne 90 minut. Nagrodą są trzy punkty. To było niezłe widowisko z dużą ilością goli i podbramkowych sytuacji. W końcowych fragmentach zaznaczyła się przewaga rywali, ale szczęśliwie dowieźliśmy zwycięstwo do ostatniego gwizdka sędziego.

 
To pierwsza wygrana Huraganu w tym sezonie, a wynik trzeba potraktować w kategorii sporej niespodzianki. Zaczęło się jednak zgodnie z oczekiwaniami, bo to podopieczni Łukasza Reciaka objęli prowadzenie. Przy próbie interwencji, grający między słupkami Sikończyk, pechowo wbił sobie plecami piłkę do bramki. To nie zniechęciło skawiczan, a wręcz przeciwnie. Miejscowi jeszcze przed przerwą odzyskali prowadzenie. Najpierw po dośrodkowaniu Daniela Pacygi, celnym uderzeniem głową popisał się M. Pacyga. 10 minut później w sytuacji jeden na jeden z J. Gielatą znalazł się S. Pacyga i przymierzył przy „długim” słupku. Znakomicie dla Huraganu rozpoczęła się druga odsłona. Po faulu na grającym trenerze – Dawidzie Górze, sam poszkodowany wymierzył sprawiedliwość z rzutu karnego. Kontaktowego gola bezpośrednim uderzeniem z wolnego zdobył Gałuszka. Goście do końca szukali wyrównującego trafienia, ale wynik nie uległ już zmianie.

 
- Jechaliśmy do Skawicy po trzy punkty, a przyszło nam wrócić z pustymi rękamirozpoczyna zawodnik Strzelca Budzów, Marek Pawlica. – Nie spodziewaliśmy się takiego obrotu sprawy. Trzeba jednak uczciwie przyznać, że zagraliśmy po prostu słaby mecz. Może za bardzo chcieliśmy wygrać, dlatego w naszej grze niepotrzebnie było zbyt dużo nerwowości. Trzeba o tym spotkaniu szybko zapomnieć i skupić się na konfrontacji kończącej rundę jesienną – z Watrą Zawoja.

 

 

 

 
LKS BIEŃKÓWKA – ŻURAW KRZESZÓW 1:1 (0:1)

 
Bramki: Chromy 75 – Ćwiertnia 19.

 
BIEŃKÓWKA: Zając – Cholewa, Pęcek, Sarna, Lewandowski – Knapczyk, Ciuś, Burliga, Klimowski – G. Sałapat, Chromy.

 
ŻURAW: Pająk – Zawora, G. Kawończyk, Skrzypek, Pilarczyk (20 Łuczak) – Talaga (46 Wójcik), Ćwiertnia, M. Kawończyk (60 Korczak), Nowak – Wajdzik, Targosz.

 
- Remis to nie jest wynik o jakim marzyliśmypodkreśla Jarosław Gąstała, trener Bieńkówki. – To dla nas bardziej strata dwóch punktów, niż zysk jednego. Trzeba pochwalić chłopaków, którzy do końca walczyli o korzystne rozstrzygnięcie. Doprowadziliśmy do remisu, a później całkowicie przejęliśmy inicjatywę. Szkoda, że nie udało się zdobyć gola na wagę wygranej. W sumie końcowy rezultat jest sprawiedliwy, choć z lekkim wskazaniem na nasz zespół.

 
Wynik otworzyli przyjezdni, a konkretnie Krzysztof Ćwiertnia. Zawodnik Żurawia efektownie przymierzył z rzutu wolnego wykonywanego z okolic narożnika pola karnego. Przed przerwą szansę na podwyższenie prowadzenia miał Łuczak, który lobował Zająca. Zabrakło jednak precyzji. Golkipera gospodarzy z dystansu próbowali jeszcze zaskoczyć Łuczak i Wajdzik. Swoje okazje miała też drużyna z Bieńkówki (Chromy, G. Sałapat, Burliga). Bardzo dobrze między słupkami grał jednak Pająk. Po zmianie stron wygrał on pojedynek jeden na jeden z Burligą, któremu podawał Lewandowski. Na kwadrans przed końcem do remisu doprowadził Chromy. Napastnik miejscowych zamknął głową dośrodkowanie Lewandowskiego. Całą akcję zainicjował Knapczyk, który uruchomił G. Sałapata, a ten z kolei Lewandowskiego. Więcej goli nie było, choć w końcówce zarysowała się przewaga podopiecznych Jarosława Gąstały.

 
- Pierwsza połowa z delikatną przewagą z naszej stronyocenia trener Żurawia Krzeszów, Jacek Kudzia.Powiem jednak szczerze, że z naciskiem na słowo „delikatną” (śmiech). Inaczej rzecz ujmując, fajerwerków nie było. W drugiej odsłonie gdzieś podświadomie w naszych głowach zrodziła się myśli, że może uda się dowieźć skromne prowadzenie do końca. Rywal ambitnie jednak nie odpuszczał i ostatecznie dopiął swego. Ten wynik nie krzywdzi żadnej ze stron.

 

 
Fotografia ze strony Watry Zawoja.