• moja liga
  • 002
  • slider003
  • moja liga
  • 002
Brak pluginu Flash
drewan
Jesteś: Strona główna -> Klasa A -> Klasa A. Relacje z 7 kolejki.

Klasa A. Relacje z 7 kolejki.

DSC01185 news

Babia Góra znów bez punktów i ponownie okazała się słabsza o jednego gola (szósty raz w sezonie). Pokonał ją Cedron Brody. W wielkich derbach pomiędzy Stanisławianką a Relaksem kibice doczekali się na emocje w drugiej połowie. Wysoczanie wygrali tę prestiżową potyczkę. Najlepszy mecz w sezonie zagrał Żarek Barwałd, ale musiał uznać wyższość Naroża. W jego szeregach znów różnicę zrobił Marcin Drobny. Astra Spytkowice mimo że szybko straciła gola, przekonująco pokonała Burzę Roczyny, której trener przed upływem dziesięciu minut musiał rotować w składzie. Do kolejnych w tej serii gier derbów doszło w Rzykach. Miejscowi odskoczyli Zniczowi Sułkowice na dwa gole, ale żeby wygrać musieli dołożyć trzeciego, co im się udało. W meczu Płomienia Sosnowice z Lachami Lachowice, a więc beniaminków, sporo goli i, jak twierdzi trener gości, kontrowersji. Sosnowiczanie (na zdjęciu; jego pełny format na Fb) zaksięgowali trzy punkty i rozsiedli się w fotelu lidera, co po siedmiu seriach gier należy uznać za niespodziankę sporego kalibru. Orzeł Wieprz po katastrofalnym początku i czterech porażkach wraca do gry. W trzech kolejnych meczach pod wodzą nowego trenera Tomasza Gwiżdża nie stracił bramki i zgarnął wszystkie możliwe punkty. W niedzielę stało się to kosztem słabo grającego Halniaka Targanice.

 

 

 
CEDRON BRODY – BABIA GÓRA SUCHA BESKIDZKA 2:1 (0:0)

 
Bramki: Boczkaja 50, Dobisz 58 (karny) – Sumera 70 (karny).

 
CEDRON: Szuba – Stanisławczyk, Dobisz, Skiba, Płaczek (50 Klimas) – Łężniak, Boczkaja (81 Bogacz), Kryjak, Kraus – Ziaja (66 Filipek), Zieliński (46 Wolski).

 
BABIA GÓRA: Kachnic – Rzepka, Kudzia, Listwan (4 Pacyga), Kociołek – Rzeźniczak (46 Sumera), Stróżak (60 Żaczek), Wójtowicz, Chrząszcz, Żmuda – Burliga.

 
- Wracamy do tradycji porażek jednym golemzaczyna trener Babiej Góry Sławomir Bączek. – W pierwszej połowie byliśmy lepsi. Praktycznie nigdy nie odnoszę się do pracy sędziów, ale wypaczyli wynik spotkania. Stałem idealnie na linii spalonego, gdy Burliga wychodził na czystą pozycję, ale młody chłopak z chorągiewką widział sprawę inaczej. Była jeszcze jedna sytuacja, w której „cięty” z tyłu w polu karnym był Wójtowicz. Sędzia główny puścił grę, z tego poszła kontra, a po niej arbiter odgwizdał karnego dla gospodarzy. Potem rozjemca przyznał nam karnego „z kapelusza”, chcąc się chyba zrehabilitować, a to jest karygodne i najgorsze co można zrobić prowadząc mecz.



 
Mecz zaczął się fatalnie dla Listwana, który już w 4 minucie nabawił się kontuzji, wyglądającej na bardzo groźną. Okazało się, że bardzo mocno skręcił nogę w stawie skokowych, choć z murawy wyglądało to na złamanie. Przed przerwą Marek Szuba dwukrotnie znakomicie interweniował po strzałach Burligi i Żmudy. Pierwszy gol padł w 50 minucie. Boczkaja po „klepnięciu” piłki z dwoma partnerami, wyszedł przed bramkarza i „dzibunął” piłkę obok niego. W 54 minucie miała miejsce opisana przez trenera gości sytuacja z Burligą, a 58 min druga wspomniana przez niego kontrowersja. Miejscowi wyszli z kontrą, po wymianie podań między Wolskim a Skibą, faulowany był ten drugi i Dobisz poprawił z karnego na 2:0. W 70 minucie kontaktowego gola z karnego zdobył Sumera. Wcześniej w znakomitej sytuacji spanikował Rzepka. Soczysty strzał oddał też Pacyga. Przez większą część drugiej połowy lepiej prezentowali się gospodarze, ale nie potrafili się porozumieć pod bramką Kachnica.

 
- Nie dominowaliśmy w tym meczuprzyznaje napastnik Cedronu Gabriel Wolski.Twarde spotkanie ze wskazaniem na nas. Bardzo pomógł nam w tym meczu bramkarz. W porównaniu do meczu ze Zniczem, zrobiliśmy jakościowy kroczek do przodu, ale jeszcze nie „biegniemy”. Idzie to w dobrym kierunku. W niedzielę mieliśmy 19 piłkarzy do gry. Jest zdrowa rywalizacja o miejsce w składzie.

 

 

 

 
STANISŁAWIANKA STANISŁAW – RELAKS WYSOKA 1:2 (0:0)

 
Bramki: K. Kołodziej 80 – Kobyłecki 71 (karny), Sumera 89.

 
STANISŁAWIANKA: Kajfasz – Król, Jurek, M. Kołodziej, Rzepka – Grabek, Odrowąż (84 Orgal), Grudniewicz (75 Romek), zabawa – Góra, K. Kołodziej.

 
RELAKS: Brózda – Wróbel, Curzydło, Żurek, Stanek – Jończyk (73 Pyrek), Wiecheć, Michorczyk, Sumera, Nicieja – Kobyłecki.

 
- Pech nas męczy i nie opuszczanarzeka Piotr Koziołek, trener Stanisławianki. – Przez pierwsze 25 minut nie mogliśmy „wejść w mecz”, za czasem było coraz lepiej, choć dobre sytuacje stworzyliśmy w drugiej połowie, kiedy dokonałem korekt w składzie. Goście byli częściej w posiadaniu piłki.

 
- Przed przerwą z boiska wiało nudąpodsumowuje trener Relaksu Roman Skowronek. – Oba zespoły oddały jakieś strzały, ale nie zagrażały one bramkarzom. Akcjom brakowało wykończenia.

 
Więcej emocji było po zmianie stron. Jeszcze przy wyniku 0:0 dwa razy z rzutów wolnych uderzali bracia Kołodziejowie – Karol i Maciej. Piłka w obu przypadkach grzęzła w murze. W 71 minucie z gola cieszyli się goście. Sędzia przyznał im rzut karny po faulu na Kobyłeckim, który sam, z dużym szczęściem pokonał bramkarza – piłka przetoczyła się pod ramieniem Kajfasza. Niecałe dziesięć minut później stanisławianie odrobili straty po uderzeniu w „długi róg” K. Kołodzieja (asysta Romka). Wcześniej mylili się Grudniewicz, Romek, M. Kołodziej i K. Kołodziej. Nie próżnowali też przyjezdni. Kobyłecki posłał piłkę tuż nad poprzeczką, strzał Wiechecia głową po centrze Sumery instynktownie odbił bramkarz. Ostatnie słowo należało do Relaksu. Sumera otrzymał podanie od Stanka wzdłuż bramki i wpakował piłkę do siatki.

 
- Jest nadzieja na postęp, choć po zwycięstwie nad Leskowcem Rzyki też tak sądziłemmówi szkoleniowiec Relaksu. – W końcu szczęście uśmiechnęło się do nas. Bardzo dobrze w bramce spisywał się Brózda. Sumera zagrał pierwszy raz w podstawowym składzie i dał zwycięskiego gola. Jestem zadowolony z fragmentów gry. Niestety nadal zdarzają się dziesięciominutowe przestoje. Ciężko wtedy o gromadzenie punktów. Drużyna jest w przebudowie. Musi upłynąć nieco czasu, żeby zaczęła dobrze funkcjonować.

 

 

 

 
NAROŻE JUSZCZYN – ŻAREK BARWAŁD 2:0 (1:0)

 
Bramki: M. Drobny 23, 68.

 
NAROŻE: Fidelus – Gąstała, Ceremuga, Kulka, Baziński – Trybała (70 Chorąży), M. Drobny, Kuszyk (85 Kardaś), Sala (60 M. Ferek) – Kryjak, Lipka (85 Pietrzak).

 
ŻAREK: Janiczak – Żak, Ochman, Bartoszek, J. Filek – Wilk (75 Piotr Bucki), P. Filek, Kondak, Różycki – Karcz, Maciusiak (60 Chrapla).

 
- Żarek pozostawił po sobie bardzo dobre wrażeniepodkreśla Jakub Jeziorski, trener Naroża. – Jestem bardziej zadowolony z wyniku niż z gry. Mecz był na remis, ale ze wskazaniem na nas. Byliśmy skuteczniejsi od rywali. Brakuje nam jeszcze jakości w środku pomocy, który nam się trochę rozleciał i nie ma tam kto grać. Swój kunszt w tym meczu pokazał też Marcin Drobny, strzelając dwa piękne gole.

 
To było dobre, zacięte spotkanie. W pierwszej odsłonie przyjezdni szukali oskrzydlających akcji, stosując sporą ilość wrzutek. Dobre okazje mieli Kondak i P. Filek. Bramkę zdobyli jednak gospodarze, którzy po 15 minutach nabrali rozpędu. Cała akcja swój zalążek miała już w obronie. Lipka dograł do Kryjaka, ten do Drobnego, który odwrócił się z defensorem na plecach, minął bramkarza i dopełnił formalności. W drugiej części gry obie drużyny postawiły na atak. Kondak trafił w poprzeczkę, a Jakub Filek z woleja z jedenastu metrów „ustrzelił” obrońcę. W odpowiedzi faulowany był Marcin Drobny. Sam poszkodowany chciał wykorzystać rzut karny, ale na przeszkodzie stanęła mu poprzeczka. Snajper Naroża zrehabilitował się jednak później, kiedy po dośrodkowaniu Kryjaka, trafił głową z dziesięciu metrów nie do obrony. Ostatnie 15 minut goście grali w osłabieniu, po czerwonej kartce dla Jakuba Filka.

 
- To był najlepszy mecz jaki zagraliśmy w tym sezonie, ale niestety punktów nie mawestchnął Damian Michulec, szkoleniowiec Żarka.Polegliśmy w czwartym meczu z rzędu. To boli i trzeba się podnieść. Widzę jednak światełko w tunelu, bo bardzo dobrze zaprezentowaliśmy się na trudnym terenie. Sam trener Naroża przyznał, że byliśmy najlepszą drużyną z jaką grali w tym sezonie. To nie było spotkanie, który powinniśmy przegrać.

 

 

 

 
ASTRA SPYTKOWICE – BURZA ROCZYNY 4:1 (3:1)

 
Bramki: Cyzio 27, 75, P. Grondalczyk 20, Borowczyk 45 – Pękala 4.

 
ASTRA: Chuderski – Stanek, Cyzio, Rokowski, Hercog – Babiuch (55 Wrona), Sukhetskyi, Borowczyk, Wawro (60 Sendera) – Dzierwa (70 Mamoń), P. Grondalczyk (85 Rąpel).

 
BURZA: Gądko – D. Rajda, M. Rajda, Garbacz (9 Wysmołek), J. Mizera – Talar (82 Kalisz), Karbowiak, Ł. Rajda, Pilorz – Szypuła, Pękala (38 P. Łysoń).

 
- Zagraliśmy dwie równe połowy, podobnie jak w Suchej Beskidzkiejocenia Piotr Balonek, trener Astry. – Część chłopaków doszła po kontuzji i mamy więcej jakości w drużynie. Bardzo dobrze zagrali Borowczyk, czy Sukhetskyi, którzy robią różnicę w środku pola. Cieszy to, że ci kórzy wchodzą z ławki udowadniają, że jesteśmy drużyną. Jeżeli każdy będzie grał na swoim poziomie i podchodził na 100% do swoich obowiązków, to w tej lidze jesteśmy w stanie wygrać z każdym.

 
Piorunująco spotkanie rozpoczęła Burza. Szypuła odzyskał piłkę, oddał ją do Pilorza, który wrzucił w pole karne. Nadbiegający Pękala z bliska wpakował piłkę do siatki. Gościom plany pokrzyżowała kontuzja opoki w obronie w postaci Garbacza. Astra szybko zaczęła to wykorzystywać. Po kontrataku, Borowczyk zagrał wzdłuż bramki do Grondalczyka i było 1:1. Potem Grondalczyk dośrodkował z rzutu rożnego i Cyzio głową dał swojemu zespołowi prowadzenie. Na 3:1 bramkę do szatni zdobył Tomasz Borowczyk. Dzierwa dogrywał, a popularny „Boro” wziął na plecy obrońcę i zmieścił piłkę w bramce z pięciu metrów. Już w drugiej połowie Łukasz Rajda z rzutu wolnego po rykoszecie trafił w słupek, ale ostatnie słowo należało do Astry. Daniel Cyzio popisał się świetnym strzałem z woleja pod poprzeczkę.

 
- Zaczęło się super, ale niestety spore straty przyniosła kontuzja Garbaczaubolewa Mateusz Siwiec, szkoleniowiec Burzy.To jest ważna postać w naszej linii obrony. Z konieczności Jakub Mizera zagrał na stoperze, a Pilorz został cofnięty na lewą obronę. Po przerwie otworzyliśmy się i nadzialiśmy na kontry, które Astra ma bardzo dobre. Do 30 metra nasza gra wyglądała nieźle, ale potem brakowało pomysłu co zrobić z piłką. Brakuje większej woli walki, nie ma kogoś, kto pociągnąłby grę. Przepraszamy kibiców i zrobimy wszystko, aby odbudować ich zaufanie.

 

 

 

 
LESKOWIEC RZYKI – ZNICZ SUŁKOWICE-BOLĘCINA 3:2 (2:0)

 
Bramki: Z. Cibor 34 (karny), Gajczak 43, S. Misiek 72 – Kierczak 55, 62.

 
LESKOWIEC: D. Łysoń – T. Łysoń, Z. Cibor, D. Kowala (75 Ryczek), Kraus – Ł. Kowala, M. Kowala, Gajczak (66 Mikołajek), Balon (66 M. Misiek) – S. Misiek (87 Pękala), A. Cibor.

 
ZNICZ: Wiktor – M. Jarosz, Wojewodzic, Marek (15 A. Ogiegło), M. Ogiegło (36 F. Jarosz) – Sobita, Sobala, Piekiełko, Siwek – Kierczak, Mizera (46 Wądrzyk).

 
- W końcu zagraliśmy solidny mecz i nie baliśmy się grać piłkącieszy się Wojciech Seruga, trener Leskowca. – Mimo derbów nie było chamstwa. To był fajny mecz. Przy 2:0 straciliśmy frajerskie bramki i już się bałem, że przegramy, ale na szczęście się podnieśliśmy. Chłopaki nie bali się brać odpowiedzialności na siebie. Znicz to jednak dobrze poukładana i klasowa drużyna.

 
Już w 16 minucie Sebastian Misiek trafił w słupek, a chwilę później wspaniałą paradą Dominik Łysoń uchronił swój zespół od utraty gola po strzale gości w „okienko”. W końcu Balon był faulowany przez bramkarza, a karnego na bramkę zamienił Zbigniew Cibor. Jeszcze przed przerwą Nikodem Gajczak wygrał pojedynek z golkiperem i było 2:0. Później do gry włączył się Włodzimierz Kierczak. Po dośrodkowaniu z rzutu rożnego zmienił tor lotu piłki po strzale Piekiełki, a do remisu doprowadził za sprawą podania za plecy obrońców Piekiełki – nie zmarnował sytuacji sam na sam z D. Łysoniem. Ostatnie słowo należało jednak do Leskowca. Zwycięstwo „załatwili” Miśkowie. Marcin zagrał do Sebastiana i zrobiło się 3:2. Goście walczyli do końca. Z pięciu metrów przestrzelił A. Ogiegło, ale wynik się już nie zmienił.

 
- W pierwszej połowie zostaliśmy w szatnimówi Maciej Marek, szkoleniowiec Znicza. – To był chyba paraliż związany z derbami. Nie graliśmy nic do stanu 0:2, a bramki straciliśmy po indywidualnych błędach. Gospodarze z większym zaangażowaniem wyszli na boisko i grali bardziej agresywnie. Porażka boli tym bardziej, że to są dwie sąsiadujące miejscowości, a nasze boisko znajduje się już praktycznie w Rzykach.

 

 

 

 
PŁOMIEŃ SOSNOWICE – LACHY LACHOWICE 4:2 (3:1)

 
Bramki: Dziedzic 20, 40, Kwaśniak 25, Machno 83 – Pyrzyk 15, Daniel Kachel 60.

 
PŁOMIEŃ: Gonciarski – Rudek, Bujak, Piwowarczyk (63 Pacułt), Toporkiewicz – Fuss (60 Ostrowski), Dziedzic (87 A. Kucia), Staśko, Machno, Szczypczyk (50 J. Kucia) – Kwaśniak.

 
LACHY: Bogacz – Banaś, M. Gach, Kąkol, Kubieniec – Dawid Kachel, Daniel Kachel, Małysiak, P. Gach – Stachnik, Pyrzyk.

 
- Dużo nam dał powrót Dziedzica, który wrócił po kontuzji i zdobył dwie bramkinie ukrywa Paweł Jachymczyk, kierownik Płomienia. – Mecz stał na dobrym poziomie, a goście naprawdę nieźle się zaprezentowali. Wyszliśmy obronną ręką z tej wymiany ciosów, bo byliśmy skuteczniejsi i bardziej pewni w obronie. Lachy potrafią szybko wychodzić z kontrą. Mają szybkich i wybieganych napastników, ale ich mankament to obrona.

 
Ostre strzelanie rozpoczęło się już po kwadransie gry. Sebastian Pyrzyk dostał podanie od Daniela Kachela i bez zastanowienia „zdjął pajęczynę” z bramki Gonciarskiego. Odpowiedź nastąpiła dość szybko, choć najpierw w słupek trafił Kwaśniak, ale później Staśko zgrał do Dziedzica, a ten głową wyrównał. Kontrowersyjna sytuacja nastąpiła w 25 minucie meczu. Piłka po strzale Kwaśniaka odbiła się od bramkarza i według sędziego przekroczyła linię bramkową, choć goście twierdzili inaczej. Jeszcze przed przerwą z rzutu rożnego dogrywał Piwowarczyk, a Dziedzic przymierzył z pierwszej piłki. Goście złapali kontakt za sprawą kolejnego, fantastycznego strzału w samo „okno” autorstwa Daniela Kachela. Wydawało się, że stan meczu wyrównał Dawid Kachel, ale tym razem sędzia stwierdził, że piłka nie przekroczyła z linii bramkowej, co spotkało się z kolejnymi protestami przyjezdnych. W końcu na 4:2 trafił Machno, po indywidualnej akcji Dziedzica.

 
- Nigdy nie krytykowałem decyzji sędziowskich, ale jeżeli ktoś chce mnie przekręcać, to sobie tego nie życzęstanowczo orzeka Krzysztof Chorąży, trener i prezes Lachów.Będziemy się odwoływali, choć wynik przyjmujemy z pokorą. Po 35 latach zostałem sprowadzony na ziemię i czuję wielki niesmak poziomem sędziowania. Dodatkowo gospodarze zrobili pięć zmian, a sędziowie boczni tego nie zapisali. Działam w zarządzie podokręgu i nie będę tego respektował. Nie zasłużyliśmy na porażkę w tym meczu, bo nie byliśmy ani lepsi, ani gorsi od rywali.

 

 

 

 
ORZEŁ WIEPRZ – HALNIAK TARGANICE 3:0 (3:0)

 
Bramki: Szymański 13, Kadłubicki 14, Walczak 39.

 
ORZEŁ: Kubic – Lachendro, Wróbel, A. Niedziela, D. Bury – Kadłubicki, Grzybek, Penkala, Walczak, K. Szymański – Dyrcz.

 
HALNIAK: R. Zieliński – Wocial (46 Zborowski), Nowak, M. Zieliński, Ławeczka – Powroźnik (46 Płonka), Marczak, Fujawa, Talik (35 Rokowski) – Urbańczyk (50 Babiński), Górski.

 
- Zero z tyłu jest najważniejszeuważa Mariusz Wróbel, obrońca Orła. – Zawsze staramy się tak zagrać, aby nie stracić bramki. Chwała chłopakom, bo każdy walczył i nie odstawiał nogi. Jesteśmy bardzo zadowoleni z pierwszej połowy, bo ciężko było sobie wymarzyć lepsze otwarcie tego spotkania. W drugiej odsłonie mogliśmy jednak więcej utrzymywać się przy piłce i nad tym trzeba popracować.

 
Orzeł dość szybko napoczął rywala i objął dwubramkowe prowadzenie. Kadłubicki po rajdzie lewą stroną, przełożył piłkę na prawą nogę i wyłożył ją jak na tacy Karolowi Szymańskiemu, który nie przestrzelił. Za chwilę Walczak wygrał stykową piłkę z obrońcą, mógł strzelać ale podał Kadłubickiemu. Ten drugi trafił z siedmiu metrów. Dobrą sytuację miał jeszcze Bury, ale przestrzelił, a Szymański zamiast uderzać chciał dogrywać. W Halniaku najbardziej aktywny był Górski. Próbował nawet szczęścia po strzale przewrotką, ale bez efektu. Jeszcze w pierwszej części gry Szymański dośrodkował z prawej strony, futbolówka minęła obrońców i spadła na głowę Walczakowi. Ten się nie pomylił. Ostatnie 20 minut to zdecydowana przewaga gości, którzy próbowali strzałów z dystansu, ale nic z tego nie wynikło. Halniak ostatnie pięć minut musiał sobie radzić bez Górskiego, który został odesłany przez sędziego do szatni.

 
- Zagraliśmy jeden z najsłabszych meczów w tej rundzietwierdzi Marek Płaszczyca, członek zarządu Halniaka. – W Wieprzu nigdy nam się dobrze nie grało, a dodatkowo boisko nam nie sprzyjało. Było mokre i gliniaste. Przycisnęliśmy w drugiej połowie, ale chcieliśmy wejść z piłką do bramki. Nie mieliśmy pomysłu, aby podejść bliżej pod bramkę Orła, który zagrał mądrze, a my byliśmy po prostu gorsi.