• moja liga
  • 002
  • moja liga
  • slider003
  • 002
Brak pluginu Flash
drewan
Jesteś: Strona główna -> Klasa A -> Klasa A. Relacje z 12 kolejki.

Klasa A. Relacje z 12 kolejki.

Cedron Brody news

Naroże Juszczyn, mimo że grzeszyło nieskutecznością, pokonało na własnym boisku Stanisławiankę. Podobny przebieg miał mecz w Sosnowicach, tyle że to gospodarze byli słabiej dysponowani od wieprzan, którzy mogli zdobyć więcej niż cztery gole. Niewiele jakościowych „gwiazdek” otrzymałby mecz Żarka Barwałd z Babią Górą Sucha Beskidzka, gdyby takie oceny były przyznawane. Oba zespoły wspólnie nie stworzyły nawet pięciu dobrych okazji, a zwyciężyli grający praktycznie 50 minut w osłabieniu goście. Boisko Leskowca jest dla niego źródłem punktów. Nie inaczej było w starciu z Astrą Spytkowice. W ostatnich czterech meczach piłkarze z Lachowic stracili 23 gole, zdobywając jednego. W sobotę w starciu z nimi skutecznością popisali się piłkarze Cedronu (na zdjęciu). Burza Roczyny to nie jest rywal oczekiwany z wytęsknieniem przez graczy Relaksu Wysoka. W poprzednim sezonie ulegli na własnym boisku, teraz padł wynik remisowy. Znicz miał sporo szczęścia w derbach gminy Andrychów. Zgarnął trzy punkty kosztem Halniaka, choć, szczególnie przed przerwą, był zespołem słabszym.

 

 

 

 


NAROŻE JUSZCZYN – STANISŁAWIANKA STANISŁAW 3:2 (1:1)

 
Bramki: M. Ferek 25 (karny), Lipka 50, M. Drobny 69 – Góra 19, 85.

 
NAROŻE: Fidelus – R. Drobny, Baziński, Ceremuga (75 G. Ferek) – M. Ferek, Trybała (75 Lyvka), Kuszyk (75 Uczniak), Kryjak (90 Kardaś) – Lipka, M. Drobny.



 
STANISŁAWIANKA: Matuszyk – Król, Jurek, M. Kołodziej, Sarapata – Odrowąż, Serwin, Grabek, Grudniewicz (55 Żak) – Góra, K. Kołodziej.

 
Wynik sugeruje mecz „na styku”, jednak sprawy się miały inaczej. Naroże dominowało i stwarzało dobre sytuacje. Od 19 minuty prowadzili jednak goście po golu niczym z kabaretu. Napastnik Góra został przed bramkarzem gospodarzy po poprzedniej akcji, gdy nagle obrońca R. Drobny postanowił zagrać głową do własnego golkipera. Tego uprzedził wykazujący się przytomnością umysłu Góra i wykorzystał sytuację „sam na sam”. Gdyby stanisławianie w swoim słabszym meczu mieli więcej szczęścia, mogli prowadzić 2:0, bo trzy minuty po golu Góra niepotrzebnie sam połasił się na kolejne trafienie. Mógł podać do idealnie ustawionego M. Kołodzieja. Nie minęło kilkadziesiąt sekund, a Naroże wyrównało. Matuszyk chwycił za nogę próbującego go „objechać” M. Drobnego, a M. Ferek wykorzystał rzut karny. Od tego momentu gospodarze złapali właściwy rytm.

 
- Okazało się, że stracony gol był dla nas pozytywnym impulsemtłumaczy trener Naroża Jakub Jeziorski.Co z tego, że do momentu jego zdobycia byliśmy w posiadaniu piłki przez jakieś 80 procent czasu gry, skoro nic z tego nie wynikało.

 
Przed zmianą stron wynik mogli „podbić”: Lipka (nogami obronił bramkarz), Ferek (uderzenie przy słupku padło łupem Matuszyka), M. Drobny (wziął za cel golkipera) i mający najlepszą sytuację Kryjak. Tylko on wie jak w idealnej sytuacji posłał piłkę nad poprzeczką.
Niedługo po wznowieniu drugiej połowy gospodarze dopięli swego. M. Ferek uruchomił Lipkę, ten okazał się szybszy od dwóch obrońców, minął Matuszka i kopnął do pustej bramki. W 69 minucie deficyt gości pogłębił się, gdy M. Ferek uderzył nad bramkarzem z pierwszej piłki. Przed linią dopadł do niej jeszcze M. Drobny i „szczupakiem” wpakował do siatki. Po chwili miejscowi mogli kompletnie uspokoić sytuację, ale mimo świetnie wyprowadzonej akcji przez M. Drobnego i Lipkę, ten drugi dał się wykazać bramkarzowi. Goście zdobyli kontaktowego gola w 85 minucie. K. Kołodziej posłał podanie za obrońców, do Grabka, który wycofał na 6 metr, skąd skutecznie pocelował Góra. Nie popisała się przy tym trafieniu obrona Naroża. Tuż przed końcem Stanisławianka mogła doprowadzić do remisu, jednak wychodzący z drugiej linii obrońca M. Kołodziej zbyt długo zwlekał ze strzałem i został zblokowany.

 
- Rywal przyjechał do nas z zamiarem zdobycia choćby punktu, tak to wyglądało z boiskamówi trener Naroża Jakub Jeziorski.Początkowo nie graliśmy źle, ale schematycznie. Z czasem zaczęliśmy kreować sytuacje po zespołowych akcjach i to musi cieszyć. Martwi natomiast nieskuteczność, proste błędy w defensywie, które zdarzają się nam nie po raz pierwszy. Trzeba również popracować nad koncentracją. Nie mogę być zadowolony z pierwszego kwadransa i ostatnich dwudziestu minut.

 
- Nie ma drużyny w drużyniedosyć ciekawie rozpoczyna podsumowanie trener Stanisławianki Piotr Koziołek, być może nawiązując do sławetnego tekstu o „cukru w cukrze” z komedii Barei „Poszukiwany, poszukiwana”. Wszystko by się zgadzało. W Stanisławiu drużyna jest, ale jako taka prezentuje się słabo, a tytuł można łatwo odnieść do zagubionej formy… Nie wiadomo czy takie intencje miał trener, ale dalej stwierdził:Coś u nas obumarło, brakuje „zęba”, maksymalnego zaangażowania. Tylko przez pierwsze 20 minut nieźle radziliśmy sobie z rywalem. Naroże po prostu bardziej chciało wygrać ten mecz. Nie widzę tam wielkiej wirtuozerii. Owszem, jest to dobry zespół, ale w momentach, gdy ich przycisnęliśmy, zakładaliśmy pressing, gubili się. Wybijali piłki, notowali niedokładne podania. Jako drużyna, personalnie, jakościowo, jesteśmy dosyć bogaci, ale nie trenujemy już od wielu tygodni tak jak wtedy, gdy przyszedłem do klubu. Nic nie dzieje się bez przyczyny. Muszą być chęci, chcąc myśleć o wynikach.

 
PAWEŁ KRĘCIOCH

 

 

 

 
PŁOMIEŃ SOSNOWICE – ORZEŁ WIEPRZ 2:4 (2:2)

 
Bramki: J. Kucia 17, Rudek 33 – Dyrcz 28, 68, Sikora 1 (samobójcza), Kadłubicki 59.

 
PŁOMIEŃ: Antos – Bujak, Kutermak, Toprkiewicz (35 Ostrowski), Sikora (68 A. Kucia) – Pacułt, Rudek, Grych (75 Moskała), J. Kucia – Piwowarczyk, Kwaśniak.

 
ORZEŁ: Kubic – Z. Lachendro, Wróbel, Stokłosa, D. Bury – Kadłubicki, Grzybek, Niedziela, K. Szymański (73 K. Lachendro) – Dyrcz, Walczak.

 
Pierwszy gol padł… w 25 sekundzie. Goście rozpoczęli mecz, dwukrotnie przegrali piłkę z lewej strony obrony na lewą, po czym z boku pomocy centrował Kadłubicki, a Sikora zaliczył „swojaka”. Dialog nawiązał J. Kucia. Po jego strzale z 16 metrów piłka nabrała specyficznej rotacji i wpadła nad głową obrońcy pod poprzeczkę. Nie minęły dwa kwadranse i znów prowadził Orzeł. Tym razem jego piłkarze odebrali futbolówkę na prawym skrzydle, dzięki czemu K. Szymański mógł dośrodkować na „długi róg” do pozostawionego bez opieki Dyrcza, który szansy nie zmarnował. Płomień raz jeszcze odpowiedział, ale to było wszystko na co stać było gospodarzy w tym meczu. Po prostopadłym dograniu Grycha, grający trener Mariusz Rudek pokonał Kubica.

 
- W pierwszej połowie gospodarze oddali dwa celne strzały i cieszyli się z dwóch golimówi obrońca Orła Mariusz Wróbel.My „cisnęliśmy” rywala.

 
Po zmianie stron sporą przewagę osiągnęli przyjezdni. Zdobyli dwa gole, a powinni dołożyć przynajmniej trzy więcej. Przed upływem godziny Kadłubicki wykorzystał niezdecydowanie obrońców, którzy powinni byli wyekspediować piłkę sprzed pola bramkowego i trafił tuż przy słupku. Siedem minut później Kadłubicki pograli z Dyrczem na lewej stronie i ten drugi z ostrego kąta ustalił wynik meczu. Później świetne okazje zmarnowali: Walczak, Dyrcz i – w ostatniej minucie – K. Lachendro.

 
- Bramki traciliśmy po indywidualnych błędachmówi kierownik Płomienia Paweł Jachymczyk. – Mieliśmy rozbity skład, brakowało Dziedzica, Machno, Staśko i bramkarza Gonciarskiego. Nie udało nam się opanować środka pola, przez to nie poradziliśmy sobie. Goście byli lepsi i skuteczniejsi w atletycznym futbolu. Grali blisko nas, agresywnie.

 
- Płomień jest dobrym zespołem, jeśli pozwoli mu się rozgrywać piłkęocenia zawodnik Orła Mariusz Wróbel.Nie pozwoliliśmy na to praktycznie w ogóle. Szybko doskakiwaliśmy do przeciwników, wpychając ich we własną połowę. W drugiej połowie gospodarze nie mieli żadnej siły rażenia.

 

 

 

 
ŻAREK BARWAŁD – BABIA GÓRA SUCHA BESKIDZKA 0:1 (0:0)

 
Bramka: Ścieszka 86.

 
ŻAREK: Pocztowski – Rafał Bucki, Wypiór, Gałuszka (28 J. Filek), Karcz – Ochman, Wilk, Bartoszek (61 Kondak), Góralczyk (75 Kosowski) – Różycki, P. Filek (88 Żak).

 
BABIA GÓRA: Kachnic – Chrząszcz, Kudzia, Burliga, Szarlej – Wójtowicz, Mika, Kociołek, Sumera (82 Świerkosz) – Bałos (80 Rzepka), Choczyński (74 Ścieszka).

 
Z pierwszej połowy godna odnotowana jest tylko jedna sytuacja. W 42 minucie czerwoną kartkę za obrażanie sędziego otrzymał pomocnik gości Mika. Oba zespoły nie wyrządziły sobie przed przerwą żadnej krzywdy, choć sporą przewagę posiadali goście. Gra w osłabieniu wymogła na nich zmianę gry. Cofnęli się wyczekując na kontry. Dzięki temu więcej z przodu mógł zaoferować Żarek, ale jego akcje były skutecznie rozbijane. Gospodarze nie zmusili bramkarza do poważnej interwencji. W dogodnej okazji (druga połowa) znalazł się P. Filek, uderzył obok słupka i bramkarza, ale zmierzającą do bramki piłkę spokojnie wybił obrońca. Babia Góra zorganizowała, zgodnie z założeniami, kilka wypadów. Nie przyniosły bramkowego skutku. Gol padł bowiem po dość kuriozalnej sytuacji. Po wrzutce powstało spore zamieszanie, nabity piłką został Ścieszka, bramkarz wyciągnął się, żeby ją trącić, ale wturlała się do bramki tuż obok jego rękawicy.

 
- Częściej posiadaliśmy piłkę w drugiej połowie, ale przyznam, że ciężko było stworzyć sytuacjęmówi Damian Michulec, trener Żarka. – Nic z naszej przewagi nie wynikało. W drużynie z Suchej gra wielu młodych, wybieganych, dobrze przesuwających się zawodników. Oddaliśmy mało strzałów. Rotuję teraz składem. Wyniki nie są dobre. Może chłopaki psychicznie sobie nie radzą, bo wielu z nich gra po raz pierwszy na tym poziomie. Brakuje przełożenia jakości z jednostek treningowych na mecz.

 
- Oba zespoły zagrały słabopodsumowuje trener Babiej Góry Sławomir Bączek. – Przed przerwą dobrze graliśmy „od tyłu”, inicjowaliśmy akcje, zabrakło jednak konkretów z przodu, bo wszystkie nasze ataki były rozbijane przed polem karnym. W przerwie w szatni padło parę męskich słów. Wygraliśmy, ale szczęśliwie. Po przypadkowym golu i chyba jednym celnym strzale. Bardziej zasłużony byłby remis. Pod grę do kontry potrzebny jest nam w pełni dysponowany Choczyński. Wystąpił, ale był zmęczony służbową podróżą do Chin i przeziębieniem. Z jednego mogę się cieszyć – odkąd jestem trenerem, nie miałem jeszcze sytuacji, żebym przed meczem miał do dyspozycji 21 piłkarzy.

 

 

 

 
LESKOWIEC RZYKI – ASTRA SPYTKOWICE 3:2 (2:1)

 
Bramki: Gajczak 25, S. Misiek 35, Balon 70 – P. Grondalczyk 20, Cyzio 60 (karny).

 
LESKOWIEC: D. Łysoń – Z. Cibor (80 P. Ryczek), D. Kowala, P. Hatala, D. Mikołajek – Ł. Kowala, Balon (85 I. Hatala), M. Misiek, Kraus – Gajczak, S. Misiek.

 
ASTRA: Chuderski – Panek, Cyzio, Rąpel, Sendera – Sukhetskyi, Kowalski, Stasiak (80 Wrona), Wawro (59 Babiuch) – Borowczyk (75 Rokowski), P. Grondalczyk (77 Babiuch).

 
- To był naprawdę fajny meczprzekonuje Wojciech Seruga, trener Leskowca. – Astra jest dobrą, „mądrą” drużyną, która napsuje jeszcze krwi innym przeciwnikom. Jej kapitan grający na stoperze prowadził całą grę. Dużo było walki, ścisłego krycia, a sam wynik jest lepszy od naszej gry. Zwyciężamy przede wszystkim determinacją, siłą woli, nie ma u nas finezji. Chylę jednak czoła chłopakom za walkę.

 
Małe boisko w Rzykach nie służy raczej pięknej grze i przede wszystkim ostrą walkę zaprezentowały obie ekipy. Gospodarze mieli tak duże problemy kadrowe, że na placu gry musiał zameldować się… 45-letni kierownik drużyny Ireneusz Hatala. Zanim jednak do tego doszło, to goście objęli prowadzenie. Po dograniu Suketskyiego po ziemi, Grondalczyk strzałem z pięciu metrów nie dał szans bramkarzowi. Wyrównanie padło szybko. Po prostopadłym podaniu od Dawida Kowali, piłka kozłowała po murawie, a Nikodem Gajczak przelobował Chuderskiego. Drugiego gola gospodarze zdobyli po podaniu z głębi pola od Krausa i wykorzystanej sytuacji sam na sam przez Sebastiana Miśka. Astra od początku drugiej odsłony ostro ruszyła na rywala, czego efektem był gol na 2:2. Piłka trafiła w rękę Marcina Miśka, a rzut karny wykorzystał Daniel Cyzio. Ostatnie słowo należało jednak do miejscowych. Po zamieszaniu w polu karnym, gdzie szczęścia próbowali Sebastian i Marcin Misiek, do futbolówki dopadł Wojciech Balon i zmieścił ją pod poprzeczkę.

 
- Na boisku w Rzykach nie było w ogóle grania, tylko wybijanie mówi Piotr Balonek, szkoleniowiec Astry. – Leskowiec miał twardych zawodników i nas „zahukał”. Dla mnie to jedna ze słabszych drużyn, jeżeli chodzi o próbę grania w piłkę nożną, więc gdyby występowali na innym boisku, podejrzewam, że wyniki byłyby inne. My bazujemy na tym, że gramy piłką, a tam nie potrafiliśmy wymienić trzech podań. W przerwie zmieniłem ustawienie na 3-5-2 i gospodarze za bardzo nie wiedzieli co się dzieje. W drugiej odsłonie byliśmy cały czas na ich połówce, ale oni przeprowadzili jedną kontrę i zdobyli bramkę.

 

 

 

 
LACHY LACHOWICE – CEDRON BRODY 0:8 (0:4)

 
Bramki: Kraus 1,15, Zieliński 30, 47, Kryjak 10, Boczkaja 60, Wolski 70, Bogacz 80.

 
LACHY: Nowak – Banaś, Kąkol, M. Gach, Kubieniec – Daniel Kachel, Dawid Kachel, Mateusz Kachel, Stachnik – A. Urbanek, P. Urbanek.

 
CEDRON: Szuba – Dobisz, Wyka, Stanisławczyk (60 Skiba), Ziaja – Łężniak, Bogacz, Kryjak, Kraus (65 Grudniewicz) – Filipek (46 Boczkaja), Zieliński (50 Wolski).

 
- To był bardzo słaby mecz w naszym wykonaniunie ukrywa Krzysztof Chorąży, trener i prezes Lachów. – Cedron był zdecydowanie lepszą drużyną. Grali twardo i przegrywaliśmy z nimi większość pojedynków fizycznych. To najlepsza drużyna z jaką graliśmy i obnażyli nasze braki. Próbujemy jakoś dotrwać do końca rundy, ale nie da się grać bez pięciu podstawowych zawodników. W następnym meczu wrócą już na szczęście Sebastian Pyrzyk i Paweł Gach.

 
Borykający się ze sporymi problemami kadrowymi Lachy, straciły po raz trzeci w ostatnich czterech spotkaniach minimum siedem bramek. Strzelanie rozpoczęło się już w pierwszej minucie. Kryjak dograł wzdłuż bramki, piłkę trącił jeszcze Filipek, a do siatki z metra skierował ją Kraus. Przy stanie 0:1 najlepsze okazje mieli gospodarze. Daniel Kachel dwukrotnie nie trafił w sytuacji sam na sam. Za drugim razem „ostemplował” poprzeczkę. Po strzale Kryjaka z pierwszej piłki (0:2) i najładniejszej akcji w meczu, po której Kraus uderzył od razu po koźle, było już praktycznie „pozamiatane”. Czwartą bramkę z rzutu wolnego po rykoszecie dołożył Zieliński. Zaraz po przerwie ten sam zawodnik znowu trafił, dopełniając formalności z metra po świetnej asyście królującego w tym elemencie Kryjaka. Potem Boczkaja dobił jeszcze strzał Wolskiego, a sam Wolski po świetnej wrzutce Kryjaka, strzelił do pustej bramki z pięciu metrów. Na koniec Bogacz z 20 metrów celnie „kropnął” pod poprzeczkę, zamykając „show” gości.

 
- Widać, że gospodarze mają problemy, a nam udało się je wykorzystaćpodkreśla Marek Szuba, grający szkoleniowiec Cedronu.Obawiałem się tego meczu i boiska, bo grania w piłkę w Lachowicach nie było. Boisko jest jakie jest, więc jedna i druga drużyna zrobiła zaledwie parę akcji godnych uwagi. Pokazaliśmy jednak walkę i to, że potrafimy również zagrać twardo. Wygraliśmy zdecydowanie zasłużenie, bo mieliśmy od początku ten mecz pod kontrolą. Gdyby przed meczem ktoś mi powiedział, że wygramy aż 8:0, to jednak postukałbym się po czole.

 

 

 

 
RELAKS WYSOKA – BURZA ROCZYNY 1:1 (0:0)

 
Bramki: Kobyłecki 66 – Szypuła 78.

 
RELAKS: Brózda – Wróbel, Żurek, Curzydło, Stanek – Michorczyk (75 Nicieja), Wiecheć, Jończyk, Rzepka – Kobyłecki, Pyrek (60 Sarapata).

 
BURZA: Klęczar – M. Rajda, Garbacz, D. Rajda, J. Mizera (56 Szypuła) – Starypan, A. Mizera, Pilorz, Talar – Wysmołek (72 Kalisz), Łysoń.

 
- Nie leży nam ten przeciwnikrozpoczyna Roman Skowronek, trener Relaksu.Z Burzą zawsze nam się grało ciężko. Nie wyszedł nam jednak mecz. Brakowało z przodu wykończenia akcji, przytrzymania piłki na dłużej. Remis jest zasłużony, bo goście też mieli swoje okazje. Nasze boisko niestety coś nam nie służy. Dodatkowo bramkarz gości grał naprawdę dobrze i wybronił wszystko co mógł.

 
Już na początku spotkania Brózda ubiegł szarżującego Talara, a kilkanaście minut później po składnej akcji, obrońca w ostatniej chwili zastopował Pilorza. Najlepszą okazję u gospodarzy zmarnował Rzepka. Mając przed sobą samego Klęczara trafił mu w nogi. Najbliższy powodzenia był w 60 minuty Michał Rajda, który po dośrodkowaniu A. Mizery trafił w poprzeczkę, a po dobitce Michała Rajdy, piłka przeszła tuż nad spojeniem. W 66 minucie padł jednak pierwszy gol. Michorczyk urwał się lewą stroną, dograł piłkę wzdłuż bramki, gdzie nogę dołożył Rafał Kobyłecki. Odpowiedź nastąpiła po 12 minutach. Łysoń powalczył o futbolówkę ubiegając obrońcę i z prawej strony pola karnego zagrał do Waldemara Szypuły. Jego pierwszy strzał został zablokowany, ale dobitka z półobrotu znalazła już drogę do siatki.

 
- Jestem zadowolony z tego, że drugi mecz z rzędu stwarzamy sobie sytuacje, bo wcześniej był z tym problemprzypomina Mateusz Siwiec, szkoleniowiec Burzy.Przegrywaliśmy, ale nie załamaliśmy się i dość szybko doprowadziliśmy do wyrównania. Dobre zawody rozegrał Piotr Łysoń, a Michał Klęczar wyratował nas w dwóch groźnych sytuacjach. Dobry i punkcik na wyjeździe, bo trzeba je zbierać. Musimy teraz wygrać ostatni mecz i mocno przepracować zimę, aby się utrzymać.

 

 

 

 
ZNICZ SUŁKOWICE-BOLĘCINA – HALNIAK TARGANICE 2:1 (0:0)

 
Bramki: A. Ogiegło 51, Ludwikowski 80 – G. Kubik 65.

 
ZNICZ: Baranowski – Wojewodzic, A. Ogiegło, M. Jarosz, Łysoń – Sobala, Piekiełko, (75 Bizoń) Siwek, F. Jarosz (65 Kryjak) – Ludwikowski (80 M. Ogiegło), Kierczak (90 Mizera).

 
HALNIAK: R. Zieliński – Kaczmarczyk, Zborowski, M. Zieliński (80 Powroźnik), Ławeczka – Fujawa, Marczak, Talik, Rokowski (70 Płonka) – Górski, Urbańczyk (60 G. Kubik).

 
- Źle weszliśmy w meczrelacjonuje Maciej Marek, trener Znicza.W pierwszej połowie nie mieliśmy zbyt dużo do powiedzenia. Być może chłopaki wybiegali na murawę ze zbyt dużym luzem. Nie potrafiliśmy stworzyć składnej akcji. W przerwie powiedziałem parę męskich słów i przyniosły one efekt. Charakter zespołu poznaje się po tym, że potrafi wygrać kiedy mu nie idzie. Nie każde spotkanie można pięknie wygrać. Trzeba umieć też przepchać spotkania jak jest źle, jeżeli myśli się o miejscu w czołówce.

 
Między 10 do 18 minutą hat-trickiem mógł popisać się Górski, który tym razem nie okazał się skuteczny. Później Urbańczyk minął obrońców i wyszedł sam na Baranowskiego, ale nie zdołał go pokonać, a po chwili Fujawa trafił w spojenie słupka z poprzeczką. W odpowiedzi Kierczak szukał „okienka” w bramce, minimalnie się myląc. Zaraz po przerwie po „centrostrzale” Kamila Łysonia, R. Zieliński odbił piłkę przed siebie, gdzie głową dobił ją Arkadiusz Ogiegło. Kierczak podobnie jak jego vis a vis czyli Górski, nie był skuteczny, bo dostał piłkę na 11 metrze po rzucie rożnym, ale skierował ją nad poprzeczkę. W końcu padł gol remisowy, a zdobył go przebywający na boisku kilka minut Grzegorz Kubik. Po strzale z rzutu wolnego Marczaka, zamknął akcję wślizgiem na długim słupku. Decydujący gol padł po dośrodkowaniu Marcina Jarosza i bramce głową z dwóch metrów Marcina Ludwikowskiego.

 
- Powinniśmy zdobyć co najmniej siedem bramek w tym meczuuważa Marek Płaszczyca, członek zarządu Halniaka. – Gospodarze sami byli zszokowani i pytali dlaczego mamy tak mało punktów przy tak dobrej grze. To było jedno z najlepszych naszych spotkań w tym sezonie. Poziom meczu był bardzo wysoki, a nam zabrakło szczęścia. Nawet remis nie byłby sprawiedliwy, bo byliśmy w tym meczu lepsi.