• 002
  • moja liga
  • moja liga
  • slider003
  • 002
Brak pluginu Flash
drewan
Jesteś: Strona główna -> Klasa A -> Klasa A. Relacje z 10 kolejki.

Klasa A. Relacje z 10 kolejki.

Rzyki news

Orzeł Wieprz powoli dopływa do „strefy medalowej” – sześć wygranych z rzędu musi przynieść taki skutek. Nowy liderem został Cedron Brody wygrywając na boisku Relaksu. Najciekawszy mecz odbył się w Sosnowicach, gdzie beniaminek zatrzymał Naroże Juszczyn, choć goście przed przerwą powinni zbudować przewagę nie do zniwelowania. Babia Góra od początku sezonu nie gra źle, ale punkty gromadzi dopiero od trzech kolejek. Tym razem pokonała „w gościach” Halniaka Targanice. Gra Leskowca Rzyki (na zdjęciu) i Stanisławianki, delikatnie rzecz ujmując, nie porwała pięknem. Cieszą się tylko gospodarze, bo dopisali do konta trzy „oczka”. Znicz Sułkowice – Bolęcina nie zagrał bardzo dobrego meczu, ale taki, który – przy doborze odpowiedniej taktyki – wystarczył na pokonanie Burzy Roczyny. Astra Spytkowice jako zespół lepszy pokonała Żarka Barwałd na jego terenie, ale kibice gości do końca meczu nerwy mieli napięte jak postronki.

 

 

 
LACHY LACHOWICE – ORZEŁ WIEPRZ 0:1 (0:0)

 
Bramka: Kadłubicki 78.

 
LACHY: Nowak – Banaś, M. Gach, Kubieniec, Kąkol – Daniel Kachel, Dawid Kachel, P. Gach, Stachnik – Małysiak, Pyrzyk.

 
ORZEŁ: Najbor – D. Bury, Stokłosa, Ł. Bury, Kadłubicki – K. Szymański, Penkala, Grzybek, J. Szymański (46 Lachendro) – Dyrcz, Lipnicki (88 Potępa).

 
W pierwszej połowie lepiej prezentowali się gospodarze, co przełożyło sią na kilka groźnych akcji. Świetnie w bramce Orła spisywał się jednak młody debiutant Najbor, który trzykrotnie między 17 a 23 minutą „wyciągnął” piłki po strzałach Pyrzyka (sytuacja „sam na sam”), P. Gacha (strzał przy „krótkim słupku”) i Stachnika mierzącego z wolnego tuż pod poprzeczkę. Po raz kolejny golkiper z Wieprza popisał się w 38 minucie broniąc instynktownie nogami uderzenie Dawida Kachela. Przyjezdni odpowiedzieli niesygnalizowanym uderzeniem Dyrcza, po którym futbolówka przeszła tuż nad poprzeczką oraz dwukrotnym zamieszaniem po kornerach. Z każdą minutą drugiej odsłony zaczynała się zaznaczać przewaga wieprzan. Dwukrotnie przed szansą stawał Dyrcz. Najpierw kropnął mocno, ale w miejsce, w którym stał bramkarz, później piłka „usiadła” w błocie na linii bramkowej i napastnik Orła „wjechał” do bramki, a futbolówki z sobą nie zabrał. W 78 minucie zapadło rozstrzygnięcie. Poślizgnął się jeden z obrońców gospodarzy, na 25 metrze znalazł się Kadłubicki i tak zakręcił piłkę, że ta odbiwszy się od słupka, wylądowała w sieci.



 
- Do przerwy powinniśmy prowadzić nawet trzema golamimówi trener gospodarzy Krzysztof Chorąży. – Dominowaliśmy, ale brakowało skuteczności. Goście niczym nas nie zaskoczyli. Grali zdecydowanie, agresywnie. Po przerwie dominowali. Nie powinniśmy jednak tego meczu przegrać. Nie byliśmy zespołem gorszym. Zagraliśmy dobre zawody i absolutnie do nikogo nie mam pretensji. Daliśmy z siebie maksimum.

 
- Ze względu na wesele jednego z piłkarzy, pojechaliśmy na ten mecz z pięcioma juniorami, nie mieli akurat meczu w swojej lidzemówi trener Orła Tomasz Gwiżdż. – Chciałbym ich wszystkich, bez wyjątku, bardzo pochwalić za wielkie zaangażowanie. Tak samo dobrze zaprezentowali się starsi zawodnicy, którzy na boisku dali przykład młodzieży jak należy walczyć. Czasem wygrywa się wysoko, ale to 1:0 daje mi bardzo dużą satysfakcję biorąc pod uwagę wszystkie okoliczności. Gospodarze fizycznie prezentowali się lepiej, potrafili grać agresywnie. Boisko z każdą minuta stawało się gorsze. Warunki były ciężkie.

 

 

 

 
RELAKS WYSOKA – CEDRON BRODY 0:1 (0:0)

 
Bramka: Zieliński 73.

 
RELAKS: Brózda – Wróbel, Żurek, Sarapata, Skowronek – Michorczyk, Wiecheć, Curzydło, Rzepka – Pyrek (68 Stanek), Kobyłecki.

 
CEDRON: Szuba – Stanisławczyk, Dobisz, Wyka, Skiba – Krausa, Bogacz, Boczkaja, Ziaja – Zieliński (85 Czaicki), Filipek (60 Wolski).

 
- Jeszcze w poprzedniej rundzie nasze boisko było twierdzą praktycznie nie do zdobyciaprzypomina trener Relaksu Roman Skowronek. – Teraz więcej punktów zdobywamy na wyjazdach. To było mecz do zwycięskiej bramki, choć można było doprowadzić do wyrównania. Oba zespoły skupiły się na defensywie niż na kreowaniu akcji.

 
Wielkiego widowiska w Wysokiej nie było. Dominował chaos i przypadkowość. W pierwszej połowie ze strony gospodarzy najbliższy szczęścia był Wiecheć, jednak jego „firmowy” strzał lewą nogą w „widły” sparował Szuba. Goście też nie poszaleli. Zieliński zmarnował dogodną okazję będąc przed bramkarzem, zaś Filipek z 5 metrów posłał piłkę nad bramką. W 73 minucie bramkarz gospodarzy wykopał piłkę przed siebie, ta zrobiła kozioł i idealnie „usiadła” na podbiciu Zielińskiego. Czyste, soczyste uderzenie z 17 metra rozstrzygnęło mecz. Relaks miał dwie bardzo dobre okazje do wyrównania. W 90 minucie po „główce” Stanka piłka „pocałowała” poprzeczkę, a w doliczonym czasie Michorczyk lobował Szubę, ale pomylił się o pół metra.

 
- Od początku wyglądało to tak, że drużyna, która pierwsza zdobędzie gola, może wygrać mecz mówi napastnik Cedronu Gabriel Wolski. – Praktycznie przez cały mecz piłka fruwała w powietrzu od jednego do drugiego pola karnego. Nie było gry, a przekopywanie. Trudno w takiej sytuacji coś wykreować. Żadnej fantazji. Tylko walka. Na tak małym boisku jak w Wysokiej nie można zagrać wyćwiczonej akcji, schematu. Tym bardziej cieszą punkty. To niebezpieczny teren, choć wygrać na nim mogą też drużyny słabsze. Na pewno takie zwycięstwo jest podbudowujące.

 

 

 

 
PŁOMIEŃ SOSNOWICE – NAROŻE JUSZCZYN 3:2 (0:2)

 
Bramki: Kutermak 58 (karny), Piwowarczyk 59, Kwaśniak 76 – M. Drobny 15, M. Ferek 39.

 
PŁOMIEŃ: Gonciarski – Kutermak, Rudek, Piwowarczyk, Pacułt – Staśko, Grych, Dziedzic, J. Kucia (82 Sikora) – Kwaśniak (88 Moskała), Ostrowski (46 A.Kucia).

 
NAROŻE: Fidelus – Baziński, Kulka, Antosiak, M. Ferek – Trybała, G. Ferek (78 Lyvka), Zemlik (63 Kuszyk), Chorąży (78 Sala) – Lipka, M. Drobny.

 
Goście powinni zapewnić sobie zwycięstwo w pierwszej połowie, kiedy bezwzględnie dominowali. Dwa zdobyte w tym okresie gole okazały się niewystarczające, żeby cieszyć się choćby z punktu. Po kwadransie najwyżej do centry Antosiaka z wolnego wyskoczył M. Drobny i celnie „główkował” w wewnętrzną boczną siatkę. Dwadzieścia minut później karnego zmarnował M. Ferek (faul na G. Ferku). Trafił z „wapna” tylko w słupek. Drugi gol dla Naroża wypracowało trzech piłkarzy. Chorąży wypuścił „w uliczkę” M. Drobnego, ten wycofał na 7 metr, a M. Ferek sfinalizował akcję jak należy. Przyjezdni mogli pokusić się w międzyczasie o kolejne gole, bo Lipka z 4 metrów wycelował w bramkarza, który odbił też nogami strzał Ferka. Do tego doszły dwa groźne, dystansowe strzały. Wyglądało to tak jakby gospodarze nie wyszli na pierwszą połowę. Urok futbolu polega na jego nieprzewidywalności, choć akurat w tym spotkaniu tylko miejscowi mogą być zadowoleni z nagłego obrotu spraw. Wprawdzie w 50 minucie M. Drobny mógł zdobyć trzeciego gola, bo niewiele zabrakło, by przelobował Gonciarskiego, ale potem nagle, w ciągu kilkudziesięciu sekund, Płomień dwukrotnie „poparzył” przyjezdnych. W 58 minucie Kutermak wykorzystał rzut karny podyktowany za faul na Staśko. Po wznowieniu gry piłkę przejął Dziedzic, „uruchomił” Piwowarczyka, który huknął z woleja z 17 metrów. Bramkarz nie miał nic do powiedzenia. Goście podnieśli się. Dwukrotnie jednak zablokowany został Lipka, strzał Ferka z kolei obronił Gonciarski. Skoro nie potrafili do siatki trafić przyjezdni, zrobili to sosnowiczanie. W 76 minucie Mateusz Dziedzic w swoim stylu nawinął dwóch obrońców. Mimo, że nadal był naciskany podholował piłkę pod końcowa linię, skąd zacentrował na głowę Kwaśniaka. Ten okazji nie zmarnował, choć w bardzo podobnych okolicznościach pomylił się w kolejnej akcji, kiedy jego kontrujące uderzenie instynktownie palcami obronił Fidelus. Naroże również stwarzało sytuacje, ale pożądanego skutku nie przyniosły. Sala trafił w poprzeczkę, a swoje okazje zmarnowali też Kuszyk i Lipka.

 
- Na pierwszą połowę wyszliśmy w półśniepodsumowuje kierownik Płomienia Paweł Jachymczyk.Goście mocno nas przycisnęli, atakowali skrzydłami. Stwarzali sytuację za sytuacją. Zostaliśmy zepchnięci do głębokiej defensywy. Po przerwie narzuciliśmy swój styl, zagraliśmy odważniej, z większą determinacją. Być może rywal nas zlekceważył. Na pewno zbyt głęboko się cofnął, co pozwoliło nam się rozruszać. Dla nas to nie pierwszyzna wychodzić z takich opresji. Zdarzyło się już kilkukrotnie, że przegrywaliśmy dwoma, trzema golami, a jednak zwyciężaliśmy.

 
- Przegraliśmy wygrane spotkaniestwierdza trener Naroża Jakub Jeziorski.Paradoksalnie przed tygodniem grając najsłabszy mecz w rundzie zdobyliśmy punkt. Teraz praktycznie prezentując się najlepiej jesienią, nie mamy żadnej zdobyczy. Gospodarze nie mogliby czuć się pokrzywdzeni, gdyby przegrywali do przerwy różnicą czterech czy pięciu goli. Wszystko było pod naszą kontrolą, ale praktycznie w minutę zrobiło się 2:2. Tylko na moment podcięło nam to skrzydła, bo nadal mieliśmy sytuacje, żeby zdobywać gole. Na okazjach się skończyło.

 

 

 

 
HALNIAK TARGANICE – BABIA GÓRA SUCHA BESKIDZKA 2:3 (1:1)

 
Bramki: Górski 24, Powroźnik 53 – Choczyński 43, Wójtowicz 57, Szarlej 81.

 
HALNIAK: Kiszczak – Wocial, Kuźma, Zborowski, Ławeczka – Marczak, Fujawa, Powroźnik (58 Babiński), Talik (46 Płonka) – Górski, D. Kubik.

 
BABIA GÓRA: Bubiak – Chrząszcz, Burliga, Rzepka, Szarlej – Rzeźniczak (85 Sajnog), Sumera, Fortuna (77 Świerkosz), Wójtowicz, Żmuda (72 Dyduch, 90 Bałos) – Choczyński.

 
Piłkarze Babiej Góry zaczynają łapać oddech. Po zdobyciu 7 punktów w trzech ostatnich meczach ich sytuacja w wyrównanej lidze nie wygląda już beznadziejnie. Morale piłkarzy wzrosło i pewnie mają chrapkę na koleje punkty, tym bardziej, że w niedzielę ograli na wyjeździe trudnego rywala. W 24 minucie po dwójkowej akcji D. Kubik – Górski, w finalnym momencie z piłką odwrócił się ten drugi i pewnym strzałem pokonał bramkarza gości, którzy wyrównali dwie minuty przed przerwą. Po niefortunnej interwencji Kuźmy, piłkę przejął Choczyński, by wyjść na spotkanie z bramkarzem i posłać piłkę między słupki obok jego nogi. W 53 minucie znów na prowadzenie wyszedł Halniak. Górski gola nie zdobył, ale wypuścił „w uliczkę” Powroźnika, kończącego ze spokojem akcję. Nie minęło pięć minut, a gracze z Suchej zdołali się „odgryźć”. Tym razem asystentem został wycofujący futbolówkę na 7 metr Choczyński, a egzekutorem Wójtowicz, wygrywający przed oddaniem strzału przebitkę z obrońcą. W kolejnych minutach dwie groźne akcje zbudowali targaniczanie, jednak Babiński z 6 metrów ustrzelił bramkarza, a wcześniej tylko interwencja na linii bramkowej obrońców gości uratowała Babią Górą przed stratą trzeciego gola. Mecz został jednak rozstrzygnięty, bo w 81 minucie w jednej akcji do przodu wyrwało dwóch bocznych obrońców Z Suchej i to okazało się decydujące. Chrząszcz podał wzdłuż bramki, a nabiegający z drugiej strony Szarlej znalazł sposób na Kiszczaka.

 
- Mecz nie stał na dobrym poziomie – ocenia trener Babiej Góry Sławomir Bączek. – Boisko nie sprzyjało grze kombinacyjnej, choć kilka akcji na jeden – dwa kontakty udało się rozegrać. W drugiej połowie wyglądało to lepiej. Pojechaliśmy do Targanic w mocno okrojonym składzie. Na zmiany wchodzili juniorzy, podjęli rękawicę, potrafili twardo powalczyć. Gdyby w Halniaku nie było Górskiego, który miał udział przy obu bramkach, to nie ma tam kto pociągnąć gry.

 
- Moim zdaniem sędziowie z Oświęcimia ewidentnie wypaczyli wynik spotkaniadenerwuje się działacz Halniaka Marek Płaszczyca. – W pierwszej połowie D. Kubik przelobował bramkarza głową. Nie było mowy o spalonym. Wszyscy to widzieli, ale nie arbiter główny. Później ewidentnie w polu karnym faulowany był Marczak, a sędzia nie zareagował. Z kolei po przerwie miały miejsce dwie kolejne kontrowersje. Obrońca gości nabił piłką swoją uniesioną do góry rękę i znów arbiter nie podjął decyzji o karnym. Kompletnie pogubił się też wtedy, gdy po strzale jednego z naszych piłkarzy, piłka uderzyła w brzuch rywala. Ukarał naszego zawodnika żółtą kartką za niebezpieczną grę. Jakaś absurdalna decyzja. Na meczach u nas zawsze jest spokojnie, ale po końcowym gwizdu zrobiło się nerwowo. Jesteśmy zbulwersowani sędziowaniem. Nie mamy natomiast żadnych pretensji do rywali.

 

 

 

 
LESKOWIEC RZYKI – STANISŁAWIANKA STANISŁAW 3:2 (2:1)

 
Bramki: Gajczak 6, M. Misiek 12, S. Misiek 55 – Góra 35, Maciej Kołodziej 60 (karny).

 
LESKOWIEC: D. Łysoń – T. Łysoń, Z. Cibor, D. Kowala, Hatala – D. Mikołajek (79 M. Mikołajek), M. Kowala, Ł. Kowala, Gajczak – M. Misiek (87 P. Ryczek), S. Misiek (87 Rusinek).

 
STANISŁAWIANKA: Kajfasz – Król, Jurek, Maciej Kołodziej, Sarapata – Grabek, Serwin, Żak (80 Romek), Odrowąż – K. Kołodziej, Góra.

 
- Atmosfera w drużynie jest naprawdę dobraprzekonuje Wojciech Seruga, trener Leskowca. – Widać, że chłopaki chcą walczyć i cieszy ich gra. To był mecz walki i chaosu, brakowało składnych akcji. Walką nie zawsze się jednak wygrywa i potrzeba bardziej uporządkowanej gry. Kiedy odbierzemy piłkę, nie potrafimy przeprowadzić składnej akcji. Brakuje nam jeszcze podań na wolną przestrzeń.

 
Leskowiec szybko ustawił ten mecz pod siebie. Po dośrodkowaniu z rzutu wolnego Michała Kowali, Nikodem Gajczak głową trafił do siatki, a kilka minut później strzał Gajczaka trafił w poprzeczkę, ale w prawdziwym podbramkowym „kotle” odnalazł się Marcin Misiek i wepchnął futbolówkę do siatki. Odpowiedź gości nastąpiła jeszcze przed przerwą. Za plecy obrońców dośrodkował Dawid Król, a Damian Góra „główką” przymierzył nad bramkarzem. Już w drugiej części gry kolejne trafienie dla miejscowych dorzucił Sebastian Misiek. Po dobrej asyście Damiana Mikołajka, z zimną krwią wygrał pojedynek z Kajfaszem. Stanisławianka znów potrafiła złapać kontakt. Ściągany do parteru był Maciej Kołodziej i sam wykorzystał rzut karny. W ostatnim kwadransie goście przycisnęli. Dwukrotnie z rzutów wolnych szczęścia próbował Wiktor Serwin, w boczną siatkę trafił Odrowąż.

 
- Na takich boiskach nie da się grać w piłkęmówi Piotr Koziołek, szkoleniowiec Stanisławianki. – Plac jest trochę większy od orlika. Gospodarze przepchali ten mecz siłą. To dość prymitywnie grający zespół, który kopał piłkę tylko w przód, na aferę, w pole karne. Ogólnie zadowolony jestem tylko z tego, że wszyscy zdrowi wróciliśmy do domu, bo Leskowiec grał brutalnie.

 

 

 

 
ZNICZ SUŁKOWICE-BOLĘCINA – BURZA ROCZYNY 2:0 (1:0)

 
Bramki: Kierczak 40, 60.

 
ZNICZ: Wiktor – Wojewodzic, A. Ogiegło, M. Jarosz, K. Łysoń – Sobala, Siwek, Sobita (88 Manda), Ludwikowski (80 Wądrzyk) – F. Jarosz (65 Kryjak), Kierczak (85 R. Mizera).

 
BURZA: Klęczar – D. Rajda, M. Rajda, Garbacz, Pilorz (80 Swakoń) – Talar, Starypan, A. Mizera, Kalisz (65 Wysmołek) – Misiek, Ł. Rajda (46 P. Łysoń).

 
- To, co powiedzieliśmy sobie w szatni, zawodnicy w większości wykonali informuje Maciej Marek, trener Znicza. – Naszym zadaniem było to, aby dać rywalom grać od bramki. Wiedzieliśmy, że mają problem z wyprowadzaniem piłki. Doskakiwaliśmy do obrońców, oni popełniali błędy i dwie sytuacji po takich błędach sobie stworzyliśmy. To był pierwszy mecz, w którym nasz bramkarz był praktycznie bezrobotny, choć wynik jest trochę lepszy niż gra.

 
Źle zaczął się ten mecz dla pogrążonych w kryzysie gości. Już w 3 minucie przy pressingu na bramkarzu kontuzji doznał Łukasz Rajda. Dotrwał jakoś do przerwy, ale na drugą połowę już nie wyszedł. Gospodarze od początku planowo oddali pole rywalom i czyhali na ich błędy. W 20 minucie w ostatniej chwili blokowany był Kierczak. Za chwilę Filip Jarosz zmarnował sytuację sam na sam z bramkarzem. Tuż przed przerwą po dośrodkowaniu Kamila Łysonia z narożnika pola karnego, nogę dołożył Kierczak i było 1:0. Goście najlepszą okazję mieli za sprawą Miśka, który główkował minimalnie niecelnie. Przy wyniku 1:0 po rzucie rożnym próbę Sobity z 10 metrów jakimś cudem wybronił Klęczar. W 60 minucie po centrze z rzutu wolnego Łysonia, piłka przeszła przez pole bramkowe i na wykroku szpicem buta do siatki wbił ją Kierczak. Burza kończyła mecz w dziesiątkę, bo w 62 minucie za dwie żółte kartki z boiska wyleciał Garbacz.

 
- Brakowało nam jakości na tle rywala, który nie zagrał zbyt dobrzetwierdzi Mateusz Siwiec, szkoleniowiec Burzy. – Spodziewałem się więcej po Zniczu. Był do ogrania, ale na zbyt dużo mu pozwoliliśmy. Zabrakło siły ognia z przodu. Nie mogłem skorzystać z Szypuły, a na dodatek kontuzji doznał Łukasz Rajda, a on daje jakość. Znicz oddał nam inicjatywę i to my musieliśmy konstruować akcje. Niestety, zdarzały nam się błędy przy ich wyprowadzaniu.

 

 

 

 
ŻAREK BARWAŁD GÓRNY – ASTRA SPYTKOWICE 1:2 (1:0)

 
Bramki: Chrapla 3 – Cyzio 85, 88.

 
ŻAREK: Janiczak – Ochman, Bartoszek, P. Filek, J. Filek – Góralczyk, Wilka (68 Maciusiak), Kondak, Różycki – Chrapla, Karcz (86 Moskała).

 
ASTRA: Chuderski – Panek, Cyzio, Rąpel, Sendera – Sukhetskyi, Kowalski (55 Rokowski), Borowczyk, Babiuch (65 Stasiak) – Dzierwa (20 Wawro, 65 Wrona), B. Grondalczyk.

 
- Drużyna gości była lepsza, chcieli ten mecz bardziej wygrać i dopięli swegopodkreśla Damian Michulec, trener Żarka. – Swojego zespołu w tym meczu nie poznawałem. Chłopaki muszą sobie odpowiedzieć na pytanie, czy chcą realizować rzeczy, które zakładamy na treningu i przed meczem, czy chcą grać dla zabawy jak na orliku. Jeśli nie zmienią podejścia mentalnego i nie zrozumieją, że to już nie C lub B klasa, to będzie ciężko. Mecz sam się nie wygra. Moi zawodnicy zagrali bez zaangażowania i w ogóle nie realizowali tego, co chciałem. Przeszli obok meczu.

 
Żarek rozpoczął ten pojedynek z wysokiego C. Panek chciał blokować piłkę przy końcowej linii boiska, jednak dał sobie ją odebrać Karczowi. Ten dograł na jedenasty metr, gdzie Chrapla umieścił ją w długim rogu bramki. W drugiej części gry emocje w końcówce sięgnęły zenitu. Najpierw jednak Wilk bez asysty obrońców minimalnie przestrzelił, a w odpowiedzi uderzenie głową Sukhetskyiego w ostatniej chwili wybił obrońca. Ciężar na swoje barki wziął jednak ograny w wyższych ligach Daniel Cyzio. Najpierw po wrzutce Panka uderzył z pierwszej piłki pod poprzeczkę, a później dostał prostopadłe podanie ze środka pola od Tomasza Borowczyka i pokonał w pojedynku Janiczaka, zapewniając swojej drużynie komplet punktów.

 
- Chłopaki do końca wierzyli, że można przechylić szalę na swoją korzyśćcieszy się Piotr Balonek, szkoleniowiec Astry.Tracimy jednak bramki po indywidualnych błędach i wciąż szukam optymalnego ustawienia w obronie. Chcę aby moja drużyna grała w piłkę, nawet kosztem popełniania błędów. W pierwszej połowie biliśmy głową w mur, natomiast w drugiej bardziej otworzyły się boki boiska i robiliśmy przewagę za sprawą obrońców.