• moja liga
  • 002
  • slider003
  • 002
  • moja liga
Brak pluginu Flash
drewan
Jesteś: Strona główna -> Ludzie sportu -> Damian Michulec. „Szybko pisał maturę, żeby zdążyć na trening”.

Damian Michulec. „Szybko pisał maturę, żeby zdążyć na trening”.

20160119_163936 - Kopia

Od dawna gloryfikuje się hasło „przywiązanie do barw klubowych”. Kiedyś miało realny wydźwięk, dziś jest pięknym, ale często pustym sloganem. Damianowi Michulcowi udało się dochować wierności sportowej miłości swojego życia. Przez ponad 20 lat był ściśle związany z Kalwarianką. Pierwszy zespół zaczął reprezentować jako 17-latek w bardzo mocnej przed reorganizacją III lidze śląskiej. Wtedy jego nauczycielem w seniorskiej piłce był Marek Motyka. Później przez sześć sezonów występował w IV lidze bielsko-częstochowsko-opolskiej i krakowskiej, a następnie w V lidze bielsko-bialskiej i krakowskiej.

 
Grywał w środku pomocy, dopiero w ostatnich latach owocnej przygody z piłką zawiadywał kolegami z centralnej części linii obrony. Był zawodnikiem uniwersalnym, z czego skrzętnie korzystali trenerzy. Jakość jego gry nie cierpiała, gdy pojawiał się na boisku w nowych dla siebie strefach.

 
Obecnie Damian Michulec ma 37 lat. Kilka lat temu wypolerował buty i zawiesił je na kołku. Trudno jednak zejść z murawy, ominąć szatnie i usiąść na trybunach komuś, dla kogo boisko od dziesiątego roku życia było drugim domem. Jak wielu dobrych, mających duży bagaż doświadczeń piłkarzy, Michulec postanowił wydeptywać dla siebie trenerską ścieżkę. Ambicji i profesjonalizmu mu nie brakuje. Pierwsze udane próby ma już za sobą. Obecnie nie prowadzi żadnego zespołu. Posiada licencję trenerską UEFA B. W przyszłości ma zamiar uczęszczać na kurs trenerski UEFA A.

 

 

 

 

 



 
- Przez wiele sezonów reprezentowałeś Kalwariankę, grając na dobrym  poziomie. Czy już wtedy pojawiały się myśli, żeby zająć się w przyszłości trenowaniem?

 

 
- Pojawiały się takie myśli, bowiem piłka była dla mnie wszystkim i wszystko w życiu ustawiałem pod nią. Pamiętam jak razem z Damianem Pawlikowskim wyszliśmy z matury pisemnej godzinę przed czasem, bo mieliśmy trening w południe i biegliśmy w garniturach na stadion, żeby się nie spóźnić. Dzisiaj dla młodzieży jest to nie do wyobrażenia, dla niej to po prostu jeden z iluś treningów, który można opuścić. Dla mnie nie był. Dzień bez piłki, bez treningu, to dzień stracony.

 

 
- Szkoliło Cię wielu trenerów, od których nauczyłeś się najwięcej?

 

 
- Na pewno bardzo dużo zawdzięczam trenerowi Eugeniuszowi Fornalczykowi. To on przejął drużynę po Marku Motyce i nie bał się na mnie postawić. Często przyjeżdżał na trening godzinę wcześniej i rozmawiał ze mną, dużo tłumaczył. W pierwszym sezonie zabrakło nam jednego punktu do ponownego awansu do III ligi śląskiej, mimo że z klubem pożegnało się prawie połowa zawodników, którymi dysponował trener Motyka. Wiele nauczyłem się też od takich szkoleniowców jak Marek Holocher, Władysław Szaryński, Mirosław Jaworski czy Kazimierz Kmiecik. To w przeszłości zawodnicy biegający po boiskach ekstraklasy, czy grający nawet w reprezentacji. Zaszczepili we mnie profesjonalne podejście do treningu.

 

 

 

- Jako piłkarz kształtowałeś się również u boku kolegów, którzy osiągnęli czy osiągają sukcesy w polskiej piłce. Poza tym grywałeś przeciwko rywalom z wysokiej półki.

 

 
- Tak, miałem się od kogo uczyć. Dzieliłem szatnię z takimi zawodnikami jak choćby Łukasz Sosin – późniejszy reprezentant Polski, Damian Bartyla – późniejszy prezes ekstraklasowej Poloni Bytom, Rafał Górak – późniejszy trener GKS Katowice, Piotr Stach – były zawodnik Cracowi, Mirosław Kmieć – obecny asystent Jana Urbana w Lechu Poznań, czy Sławomir Świstek, który przychodząc do Kalwarianki, był królem strzelców Polonii Bytom. Duży wpływ na moja grę miał również Janusz Daniel i Bogusław Jamróz. Obok nich na boisku spędziłem chyba najwięcej lat. Ich częsta krytyka mobilizowała mnie do jeszcze cięższej pracy, ale wiedziałem, że im właśnie o to chodziło. Dzisiaj po latach to doceniam. Bardzo dużo nauczyłem się, grając przez dwa lata razem z Damianem Pawlikowskim w reprezentacji województwa bielskiego w kategorii wiekowej 14-15 lat. Dla młodego chłopaka było to niesamowite przeżycie. Wyjazdy na obozy, czy mecze przy oświetleniu na stadionie Odry Opole dodawały pewności siebie, która w tym wieku jest bardzo potrzebna. Jednym z moich kolegów z drużyny był np. Marek Sokołowski, obecny kapitan Podbeskidzia Bielsko-Biała. W piłce seniorskiej gra przeciwko takim zawodnikom jak bracia Brożek, Bogdan i Marek Zając, Daniel Dubicki czy Grzegorz Niciński nie należała do rzadkości, bowiem z rezerwami Wisły Kraków grało się co pół roku, a oni często je wspomagali. Pamiętam czasy, kiedy mecze pomiędzy Kalwarianką a BKS-em Bielsko-Biała nazywano derbami, bo na pozostałe jeździliśmy na Śląsk i dużo dalej. Gra przeciwko takim zespołom jak Raków Częstochowa, Odra Opole, Ruch Radzionków z Marianem „Ecikiem” Janoszką w składzie, MK Katowice, Concordia Knurów daje możliwości rozwoju, ale trzeba wiedzieć czego się chce i ciężko pracować, a ja byłem pracusiem, mocnym psychicznie i łatwo przyswajałem to, co wpajali mi trenerzy.

 

 

 

Damian Michulec

Damian Michulec

- Miałeś możliwości uczyć się od najlepszych. Nie udało się zagrać na wyższych poziomach ligowych. Żałujesz czegoś?

 

 
- Żałuję tego, że kiedy byłem jeszcze piłkarzem rozwojowym, odrzuciłem ofertę Dalinu Myślenice, grającego w ówczesnej III lidze. Rozegrałem tam wszystkie mecze sparingowe w okresie przygotowawczym jako podstawowy zawodnik i dwa tygodnie przed ligą wróciłem do Kalwarianki ze względu na sprawy rodzinne. Kto wie jak potoczyłaby się dalej moja przygoda z piłką.

 

 
- Jak to często bywa przygodę z trenowaniem rozpocząłeś od najniższego  szczebla – klasy C, prowadząc rezerwy „twojej” Kalwarianki. Czego się  nauczyłeś w tym okresie?

 

 
- Na pewno cierpliwości, bowiem budowałem tę drużynę od zera. Niektórzy chłopcy, z którymi przyszło mi pracować, wcześniej nie grali w żadnym klubie. Człowiek uczy się współpracować z grupą ludzi, ale to całkiem co innego niż współpraca na boisku, kiedy się samemu występuje. Trzeba podejmować decyzje, z którymi nie zawsze wszyscy się zgadzają i brać za nie odpowiedzialność.

 

 
- Wydawało się, że już w tej pierwszej pracy uda Ci się awansować z drużyną do klasy B. Rezerwy jednak rozwiązano. Jesteś zawiedziony?

 

 
- Do awansu zabrakło jednego punktu. Polegliśmy w pierwszych pięciu meczach. Później, wliczając kolejny sezon, nie przegraliśmy kolejnych 21. W Pucharze Polski wyeliminowaliśmy A klasowy Żarek Stronie, a kolejny mecz z IV ligowym Sokołem Przytkowice przegraliśmy walkowerem. Mecz się nie odbył, ale nie z winy zawodników czy mojej. Szkoda, bo chłopcy żyli tym meczem. Dla większości był to szczyt tego, co mogli osiągnąć w swojej przygodzie z piłką. Tworzyliśmy fajny kolektyw, zżyliśmy się ze sobą przez te 18 miesięcy. Mimo, że poza boiskiem większość zawodników to moi znajomi czy koledzy, to na treningu wymagałem, a oni podchodzili do swoich obowiązków z pełnym zaangażowaniem. Takiego podejścia do pracy jakie mieli w klasie C choćby Rafał „Paco” Bucki, czy Krzysztof „Buldi” Żyła, życzyłbym sobie u zawodników na wyższym poziomie.

 

 
- Awansować się nie udało, ale nie ma tego złego… Po rundzie jesiennej poprzedniego sezonu objąłeś  B-klasowy Żarek Barwałd, który wtedy zajmował miejsce premiowane  awansem. Sytuacja dla trenera łatwa czy trudna? Dlaczego postawiono na  Ciebie?

 

 
- Moje przyjście do Żarka zbiegło się z wyborem na prezesa grającego zawodnika Marcina Ochmana, który wcześniej przez pół rundy występował u mnie w rezerwach Kalwarianki. Myślę, że zdecydował się mnie zatrudnić, ponieważ odczuł na własnej skórze, że podchodzę do swoich obowiązków z pełnym zaangażowaniem i profesjonalizmem i że jest to poparte odpowiednią wiedzą. Obejmowałem drużynę zajmującą miejsce premiowane awansem. Ciężko ocenić czy jest to sytuacja trudna czy łatwa dla trenera. Z jednej strony mając parę punktów przewagi nad trzecią drużyną, w naszym przypadku były to cztery „oczka”, ma się ten komfort, że w razie jednej wpadki utrzymuje się pozycję w tabeli. Z drugiej – pozostałe drużyny zawsze „spinają się” na mecze z czołówką. Dodatkowo nie kryliśmy się z tym, że interesuje nas tylko awans. Nie znałem realiów tej klasy B. Na większości boisk nawet wcześniej nie byłem. Nie wiedziałem czego mogę się spodziewać po poszczególnych zespołach, tym bardziej, że jesienią Żarek potrafił notować słabsze wyniki w konfrontacjach z zespołami, z którymi, patrząc przez pryzmat tabeli, powinien był wygrywać. Ostatecznie udało się awansować z pierwszego miejsca, nie zaznając smaku porażki.

 

 
- Zrealizowałeś cel i od jesieni prowadziłeś Żarek w klasie A. Mimo  udanego początku, zespołowi ostatecznie nie poszło najlepiej. Jakie są  tego powody?

 

 
- Zanotowaliśmy dobry początek. Po trzech kolejkach byliśmy liderem. Ostrzegałem chłopków, by nie popadali w huraoptymizm. Drużyna Żarka w 90-procentach składa się z wychowanków, co jak na tę A-klasę to rzadka sytuacja. Gra w tej lidze była dla tych chłopaków debiutem, z wyjątkiem  paru zawodników, takich jak Paweł Wilk, Mirek Maciusiak, Paweł Bucki czy Marcin Ochman. Mam do nich duży szacunek. Z racji wieku najlepsze lata mają już jednak za sobą. Prawie każda z pozostałych drużyn posiadała kilku, a niektóre nawet kilkunastu zawodników ogranych przez lata w klasie A, „okręgówce”, czy nawet w wyższej lidze. Aby osiągać korzystne wyniki na boisku chłopaki musieliby dawać z siebie 110 procent możliwości. Nie zawsze wystarczało na to zdrowia, sił i ambicji. Może za dużo wymagałem, ale taki jestem, a nie wszystkim się to podobało. Niektórym było ciężko wytłumaczyć, ze to już nie B-klasa, gdzie czasami nawet grając słabo, wychodziło się z potyczki zwycięsko, że jeśli na treningu nie będą wykonywać danego ćwiczenia z pełnym zaangażowaniem, to nie podniosą swoich umiejętności, a w meczu będą powielać zachowania z treningów. Praktycznie od pierwszego spotkania nie mogłem w kolejnym skorzystać z tej samej „jedenastki”. Bardzo szybko pojawiły się kontuzje, kartki, czy prywatne sprawy. Zawsze brakowało paru zawodników. Może za dużo rotowałem składem, ale nie miałem wyboru. Pewnie inni trenerzy mieli podobne problemy, ale pamiętam jak podczas meczu z Cedronem Brody, aby uzbierać jedenastkę musiałem wystawić kontuzjowanych zawodników, na dodatek sędzia w przerwie meczu pokazał czerwoną kartkę bramkarzowi. W tej drużynie jest kilku młodych, zdolnych chłopaków, jak choćby Maciek Góralczyk, Karol Karcz czy Jakub Filek, ale brakowało dwóch, trzech zawodników ogranych wyżej, takich motorów napędowych, od których pozostali mogliby się uczyć. Zabrakło doświadczenia i tzw. „boiskowego cwaniactwa”. Połowę meczów przegraliśmy w ostatnich dwóch-trzech minutach różnicą jednej bramki. Nie musiałem odchodzić z klubu. Po kilku korektach w składzie i dobrze przepracowanej „zimie” myślę, że utrzymałbym tę drużynę w A-klasie. Życzę chłopakom powodzenia, kolejnych sukcesów i wiary w swoje umiejętności, które trzeba podnosić ciężką pracą na treningach.

 

 
- W tej chwili pozostajesz bez pracy, choć jako trener chcesz się nadal  rozwijać…

 

 
- Tak, aktualnie jestem trenerem bez pracy, ale w tej branży to chleb powszedni. Na pewno chcę się rozwijać. Mam duże ambicje, ale życie pokaże jak będzie, bo oprócz wiedzy potrzebny jest jeszcze fart. Trzeba się znaleźć w odpowiednim czasie, wśród odpowiednich ludzi, pomiędzy którymi po prostu zaiskrzy.

 

 
- W krótkim okresie pracowałeś w klasach A, B i C. Wbrew obiegowym  opiniom różnice na poszczególnych szczeblach są spore. Jakie są Twoje  obserwacje?  

 

 
- Myślę, że pomiędzy klasą C a B nie ma zbyt dużej różnicy, może za wyjątkiem czołowych drużyn B-klasy. W tych ligach dominuje futbol siłowy, jest dużo chaosu i przypadku, a o wyniku meczu często decyduje to czy trener dysponuje zawodnikami gotowymi do gry, czy tzw. ”wczorajszymi”. Niestety, ale tak to wygląda. Na poziomie klasy A różnica jest już widoczna. W grze poszczególnych drużyn można się doszukać jakiejś taktyki, pomysłu na grę, czy pewnych wytrenowanych schematów. Zawodnicy są lepiej wyszkoleni technicznie i przygotowani motorycznie, chociażby dlatego, że w każdej drużynie występują piłkarze wcześniej grający na wyższym szczeblu rozgrywek. Pozostali zawodnicy grając czy trenując z nimi mają możliwość podciągnięcia swoich umiejętności. Różnicę robi też kadra trenerska. Jest dużo młodych trenerów, z przeszłością piłkarską często na poziomie IV czy III ligi, którzy cały czas się doszkalają.

 

 
- Można wprowadzić namiastki profesjonalnego podejścia do treningu, gry, na poziomie klasy A?

 

 
- Oczywiście, że tak. Sam staram się to robić, lecz trzeba pamiętać, by nie działo się to za szybko. Trzeba wszystko dozować powoli. Nie można zawodników od razu zasypać ogromem wiadomości. Należy ocenić z jakim „materiałem” się pracuje. Trening musi być dostosowany do poziomu zaawansowania zawodników pod względem techniki, motoryki, taktyki czy ich mentalności.

 

 
- Kto i dlaczego jest Twoim wzorem szkoleniowca w europejskiej piłce?

 

 
- Nie mam jednego ulubionego trenera, ale zawsze podobał mi się styl gry drużyn, które chcą być przy piłce, jak choćby FC Barcelona, dlatego bliżej mi do Guardioli czy Luisa Enrique.

 

 
- Gdzie docelowo widzisz się jako trener?

 

 
- Jak każdy trener, chciałbym się piąć do góry i zajść jak najwyżej, ale to żmudny proces i dość kosztowny. Kursy trenerskie kosztują od kilku do kilkunastu tysięcy i są czasochłonne. Do tego dochodzą coroczne kursokonferencje. Zawód trenera zaczyna się od  III, II ligi. Na niższych poziomach to dodatek do codziennej pracy. Na  każdym szczeblu, oprócz wiedzy  i umiejętności  współpracy z grupą ludzi o różnych charakterach, trzeba mieć jeszcze dużo szczęścia, czego sobie i innym trenerom życzę.

 

 
PAWEŁ KRĘCIOCH